Aura kina apokalipsy i gatunkowego science fiction są w "Ostatnim domu" dominujące, ale film Leterriera ma też inne oblicza. To całkiem zmyślny survival, w swoim mniej popularnym wariancie.
Nad wschodnie amerykańskie wybrzeże nadciąga osobliwa burzowa chmura. Jason (Wagner Moura), bezrobotny inżynier, pakuje sprzęt do wędkowania i szybkim krokiem idzie do auta. W momencie gdy zaczną spadać pierwsze krople deszczu, mężczyzna szczęśliwie zdąży przekroczyć próg domu. W środku czeka na niego żona Ann (Greta Lee) oraz dwoje dzieci w wieku szkolnym, Ruth (Riley Chung) i Graham (Noah Alexander Sosnowski). Ulewa w końcu ustanie. Wtedy cała rodzina ma w planach pojechać po bożonarodzeniową choinkę. Wyjściowe drzwi w żaden sposób nie będą chciały się jednak otworzyć. Nawet brutalna opcja "z buta" nie sprawdzi się w wyważeniu spustu. Prawdopodobnej mechanicznej usterce zaprzeczy fakt, że drzwi od ogrodu również ani drgną. Przez okna domownicy będą mogli jedynie wyglądać, a na szkle żadnego wrażenia nie zrobi kilka ciosów łomem.
Doszło tu bowiem do przedziwnej anomalii. Nad jej istotą będziemy się zastanawiać aż do napisów końcowych. Prolog "Ostatniego domu" to frapująca filmowa miniatura. Neutralny sen, nabierający coraz bardziej ponurych barw i wykoślawiających go w pełnoprawny koszmar. Gwałtowna pobudka nie będzie jednak z niego ratunkiem. Ciepło domowego ogniska, azyl i areszt domowy. Każde określenie rodzina Jasona musi przyjąć z pokorą. Wobec pierwszego aktu globalnej apokalipsy tylko w jego wnętrzu będą w stanie przeżyć o jeden miesiąc, o jeden tydzień, o jeden dzień dłużej. Kto wie, czy to nie jest także historia o ostatniej rodzinie.
"Ostatni dom" ma w sobie niewątpliwie coś z wczesnych filmów M. Nighta Shyamalana. Może nawet nie w gęstym, zagadkowym nastroju, ale w nieśpiesznym tempie, w jakim odkrywana jest tajemnica. To delikatne tropy i sugestie. Kawałek odpowiedzi tu, skrawek wyjaśnień tam, ale już od wyobraźni widza zależy czy oba puzzle będą do siebie pasować. Gdzieś w oddali przemknie trudna do zidentyfikowania postać, ale mogą przecież to być tylko majaki przestraszonej ośmiolatki. Louis Leterrier, reżyser, razem ze scenarzystą, Matthew Robinsonem, budują nastrój filmu na poczuciu osaczenia, klaustrofobii i izolacji, a narracyjnie wiodącymi chwytami są niewiedza i niedopowiedzenia. Lepiej powiedzieć zdecydowanie za mało niż zdecydowanie za dużo. Rzecz jasna nie wymyślili tego twórcy "Ostatniego domu", ale to ciągle skuteczne światotwórcze założenie.
Natomiast wrażenie dyskomfortu wzmaga skala mikro. Naszym jedynym punktem odniesienia jest bowiem ulica naprzeciwko i możliwość podglądania sąsiadów w pobliskich domach. Spanikowanych, skonfundowanych, spokojnych, pogodzonych z losem, walczących o życie. Lubiący błysnąć w towarzystwie erudycją filmoznawca mógłby powiedzieć, że to wariacja nad "Oknem na podwórze". Pretensjonalne i błędne, ale jakby był odpowiednio uparty, obroniłby swoją tezę. Ta ograniczona perspektywa podtrzymuje uwagę i zmusza do poszukiwania jakichkolwiek wyjaśnień. Nawet w nic nieznaczących detalach. Rządowa symulacja, klimatyczna katastrofa czy inwazja kosmitów? Wszystkie odpowiedzi są w grze. Z czasem mniejsza o intencje agresora, najważniejsze, by przetrwać tak długo, jak to możliwe.
Aura kina apokalipsy i gatunkowego science fiction są w "Ostatnim domu" dominujące, ale film Leterriera ma też inne oblicza. To całkiem zmyślny survival, w swoim mniej popularnym wariancie. Przetrwania nie zapewnia ucieczka bądź dotarcie do jakiegoś punktu, ale zdające się nie mieć końca przebywanie w jednym miejscu. Dom, rozumiany czysto materialnie, staje się całym światem dla zamieszkującej go rodziny. Także fani monster horroru oraz domyślnie do niego przypisanych praktycznych i niepraktycznych efektów specjalnych również znajdą w produkcji Netflixa coś dla siebie. Film Leterriera ewoluuje, splata ze sobą rodzaje kina grozy i fantastyki, mruga okiem do mistrzów kina gatunków, a przy tym stoi na własnych nogach jako samodzielna opowieść. Czasem udaje się zjeść ciastko i mieć ciastko.