Na czym polega "inność" czwartego sezonu? Stylistycznie historia oddala się od klimatów Jane Austen i towarzyskich afer oraz ploteczek – chociaż lady Whistledown nadal aktywnie działa, a nawet
Recenzja pierwszej połowy czwartego sezonu. Zawiera spoilery z trzech pierwszych sezonów.
W ogóle nie wstydzę się tego, że lubię "Bridgertonów". Nie wstydzę się tego, że popkultura dedykowana przede wszystkim kobietom przemawia i do mnie, straszna sprawa. W pogardzie dla romansu, komedii romantycznej i melodramatu dużo jest mizoginii. Fantazje o pięknej miłości znacznie częściej spotykają się z obśmianiem niż "męskie" filmy: tak się jakoś składa, że łamiącemu prawa fizyki i logiki, pełnemu bzdur i deus ex machina kinu akcji rzadziej zarzuca się naiwność, pocieszność i infantylizm.
Netflix
"Bridgertonowie" są błyskotliwi i bezczelni w kreowaniu alternatywnej historii, w której kostium epoki staje się tylko... właśnie tym, kostiumem. "Popowa Jane Austen" i "XIX-wieczna Plotkara" oferuje żart, wdzięk, ciekawych bohaterów, przekonujące relacje i świetną ścieżkę dźwiękową, złożoną głównie z klasycznie zaaranżowanych, instrumentalnych coverów współczesnych hitów – co samo w sobie stanowi świetne podsumowanie charakteru serialu. Całość to oczywisty eskapizm, w którym nie oglądamy krwawej ceny wystawnego życia londyńskich wyższych sfer sprzed dwustu lat. Chociaż "Bridgertonowie" zahaczają o tematy społeczne, są przede wszystkim fantazją o idyllicznym życiu, w którym największym zmartwieniem jest wybór sukienki na najbliższy bal i znalezienie męża, czemu bogate damy mogą poświęcać cały czas wolny, czyli po prostu cały czas.
Męża lub żony szuka co sezon inne dziecko lady Violet Bridgerton. Opowiadający o Daphne sezon pierwszy najmocniej skupiał się na trudniejszych aspektach sytuacji wysoko urodzonych panien, traktowanych jak krowy na targowisku i zmuszonych do stałego udawania perfekcyjnych kandydatek na żonę. W bezpośredni sposób, na który nie mogłaby sobie pozwolić Austen, mówił także o seksie i małżeńskich konsekwencjach braku edukacji w tym temacie: to w tej odsłonie "Bridgertonów" pojawiła się kontrowersyjna scena gwałtu na mężczyźnie. Drugi sezon swoją romantyczną dynamiką między Anthonym i Kate przypominał "Dumę i uprzedzenie", pochylił się też nad sytuacją najstarszego syna-głowy rodziny, niemal w pojedynkę noszącego na barkach ciężar utrzymania bliskich. Najgorszy jak do tej pory sezon trzeci skupiał się na najsłabiej napisanym wątku i postaci, czyli Penelope Featherington. Słodka i naiwna dziewczyna, prowadząca pod pseudonimem hejterską i zjadliwie inteligentną kronikę towarzyską, nie tylko nie przekonywała jako spójna bohaterka, ale też nie wykazała żadnej autorefleksji na temat swojego zachowania, a sam serial zrobił z niej wręcz udręczoną heroinę. Plotkara, której słowa łamały ludziom życia, nie poniosła żadnych konsekwencji – ani ze strony ukochanego, ani królowej.
Netflix
Na przekór malkontentom "Bridgertonowie" są dzisiaj jednym z najpopularniejszych tytułów Netflixa, z sezonu na sezon gromadzącym większą widownię i budżet. Na podstawie serii powstają też spin-offy, takie jak ciepło przyjęty prequel "Królowa Charlotta", które poszerzają świat wykreowany w książkach Julii Quinn. Czwarty sezon jest nie tylko jedną z najbardziej wyczekiwanych serialowych premier początku roku, ale też zalicza stylistyczną woltę względem poprzednich odsłon "Bridgertonów". Koniec końców głównym bohaterem nowych odcinków jest Benedict (Luke Thompson), czyli największy tuż obok Eloise outsider w rodzinie.
Artysta bujający się z bohemą i jedyna (póki co) biseksualna postać z głównej obsady znajduje się pod ostrzałem własnej matki. Zdaniem lady Violet Bridgerton najwyższa już pora, by jej drugi syn znalazł sobie żonę. Matka wymusza na Benedikcie obietnicę, że ten pojawi się na organizowanym przez nią balu maskowym: ma nadzieję, że któraś z panien na wydaniu wpadnie mu w oko. Kiedy spóźniony mężczyzna przybywa na przyjęcie, spotyka tam... tajemnicę. Ja też nie będę za dużo zdradzać, bo historia miłosna w czwartym sezonie pełna jest zaskoczeń i zwrotów akcji. Warto wiedzieć jak najmniej przed seansem.
Na czym polega "inność" czwartego sezonu? Stylistycznie historia oddala się od klimatów Jane Austen i towarzyskich afer oraz ploteczek – chociaż lady Whistledown nadal aktywnie działa, a nawet zostaje bliską towarzyszką królowej – a zbliża w stronę... campu, nieskrępowanej fantazji, a nawet baśni. Te elementy zawsze istniały w "Bridgertonach", ale nigdy tak mocno. Nawiązania do klasycznych historii miłosnych są bardziej oczywiste (Kopciuszek) i mniej (Piękna i Bestia), serial czerpie też z dramatu, przede wszystkim z Szekspira, zapożyczając najwięcej motywów z "Romeo i Julii" oraz "Wieczoru Trzech Króli". Romantyczny, odczuwający potrzebę wybicia się ponad przeciętność i szukający przeżyć większych niż życie Benedict w naturalny sposób wplącze się w fantazyjną, teatralną i chyba najoryginalniejszą z dotychczasowych historię miłosną.
Netflix
Innym stałym do tej pory elementem, który w nowych "Bridgertonach" odgrywa znacznie mniejszą rolę, jest życie XIX-wiecznej londyńskiej socjety. Miłośnicy wystawnych bali, skomplikowanych zwyczajów, elegancji i blichtru mogą poczuć się zawiedzeni, bo to najmniej "arystokratyczna" z dotychczasowych odsłon serialu. Znów: jakby podążając za charakterem samego Benedicta, który od nobliwych szlachcianek wolał wyzwolone artystki i intelektualistki, a od balu u królowej – szczere rozmowy na huśtawce z Eloise. Tym razem równorzędnymi bohaterkami względem wysoko urodzonych dam są służące. Kobiety pracujące stanowiły ciche tło w poprzednich sezonach "Bridgertonów". Twórcy od czasu do czasu dawali widowni znać, że tytułowa rodzina traktuje swoją służbę dobrze, ale nigdy też nie przyglądali się życiu osób pracujących w ich posiadłości. W czwartym sezonie zanurzamy się w świecie kucharek, sprzątaczek i pokojówek. Oglądamy ich drobne radości i codzienność, ale także problemy, np. niepewność jutra i ryzyko wykorzystania seksualnego ze strony pracodawcy. Również zachowanie Benedicta zdradzi jego brak świadomości klasowej i konsekwencji, jakie jego nierozważne czyny mogą mieć dla gorzej urodzonych osób. Jednym z naprawdę nielicznych przywilejów klasy pracującej jest wyzwolenie od sztywnych konwenansów, jakich musi przestrzegać arystokracja. Większa swoboda i mniejsza konieczność przestrzegania etykiety dotyczy w czwartym sezonie też romansów, i to nie tylko tego najważniejszego. W drugoplanowym wątku lady Violet w poruszający sposób i unikając wścibskich spojrzeń, otwiera się na nową, dojrzałą miłość po długiej żałobie, a cicha Francesca odkrywa własną seksualność.
Netflix
Pierwsza połowa czwartego sezonu zapowiada bezkompromisowo uroczą i romantyczną historię, chociaż nieco zmieniona konwencja może podzielić widownię. Nie jest oczywiście tak, że wszystko na ten moment mi się podoba. Niepokoi mnie np. niemal całkowita nieobecność wiecznie intrygującej i pozbawionej klasy lady Featherington, mojej ulubienicy, która póki co otrzymała jakieś trzy sceny. Nadal nic mnie też nie obchodzą państwo Mondrich i nie rozumiem, po co ciągnie się ich wątek. Specyfika sagi rodzinnej, takiej jak "Bridgertonowie", sprawia, że nie każda postać może otrzymać tyle samo uwagi w każdym tomie (sezonie) – chociaż miło byłoby, gdyby scenarzyści dali czasem znać, czy Daphne w ogóle żyje. To na razie tylko połowa historii, więc powstrzymuję się od konkretnych ocen, bo wiele może się jeszcze pozmieniać i posypać. O całości porozmawiamy dopiero za miesiąc – wtedy ukażą się pozostałe cztery odcinki i wtedy też ocenimy całość, zacny czytelniku i czytelniczko.