Finał sezonu ma w sobie duży ciężar emocjonalny i dowozi to, co w tego typu opowieściach najważniejsze: wzruszenie. Dzięki temu historia Sophie i Benedicta kończy się z wysoką notą.
Recenzja drugiej części sezonu. Zawiera spoilery z sezonów 1-3 oraz 4a.
Po obejrzeniu całości części czwartej "Bridgertonów"staje się jasne, jak bardzo wizja showrunnerki Jess Brownell różni się od założeń Chrisa Van Dusena, czyli twórcy dwóch pierwszych sezonów. W swojej recenzji pierwszej połowy najnowszego sezonu pisałam, że serial coraz bardziej oddala się od swoich Austenowskich korzeni i skręca w stronę większej baśniowości oraz umowności. Może to jeszcze nie groteska w stylu "Wielkiej", ale "Bridgertonowie" są coraz luźniej osadzeni w rzeczywistości. Ja kupuję ten słodki eskapizm, ale w pełni rozumiem też osoby, którym zmiana tonacji nie odpowiada. Konwenanse epoki pełnią tu funkcję czysto dekoracyjną. O ile w pierwszym sezonie sam fakt, że Daphne była widziana w ogrodzie z innym mężczyzną bez przyzwoitki doprowadził do zaaranżowania małżeństwa w celu uniknięcia skandalu, o tyle w czwartym lady Bridgerton rozwija swój romans bez planów zamążpójścia i większego ukrywania się. Twórcy czasem nie mogą się zdecydować, w jakim stopniu reguły życia towarzyskiego wpływają na decyzje bohaterów. Kwestia niskiego pochodzenia Sophie raz jest przeszkodą nie do przeskoczenia w oczach matki Benedicta, by chwilę później nie stanowić już dla niej problemu.
Netflix
To sprawia, że "nowi" "Bridgertonowie" są znacznie bardziej campowi od "starych". Lekkość i humor produkcji są na plus, cierpi na tym jednak główny wątek miłosny. Dlaczego kochamy melodramaty kostiumowe? Bo stawiają przed parą zakochanych więcej zewnętrznych przeszkód niż historie miłosne osadzone w aktualnej rzeczywistości. Rodzina, religia, pochodzenie, konwenanse to kwestie, które nie ograniczają już współczesnych kochanków, mogących swobodniej wybierać partnerów. Jednak to właśnie te zewnętrzne przeszkody czynią historię bardziej dramatyczną i wydłużają moment spełnienia, a to przecież o "łapanie króliczka" chodzi w tym gatunku. Tymczasem dla Benedicta i Sophie główną przeszkodą wydaje się nie różnica klasowa, ale powiedzenie sobie nawzajem o uczuciach. Takie wyznanie padło w odcinku czwartym – kiedy to zostawiliśmy tę historię miesiąc temu. Kolejne epizody straciły już nieco napięcia. Druga połowa sezonu jest w moim odczuciu słabsza od pierwszej, chociaż broni się finałem.
Najmocniejszym punktem tego sezonu są dwie kobiety z rodu Bridgertonów, które kradną show parze głównych bohaterów. Francesca ma niemal tyle samo czasu antenowego, co Benedict, ale wykorzystuje go lepiej. Bohaterka mierzy się z naprawdę trudnymi emocjami i sytuacjami, to do niej należą najbardziej wzruszające momenty sezonu. Szkoda jedynie, że twórcy już teraz teasują nadchodzące wątki kosztem relacji z Johnem. Mąż Franceski zostaje mocno zmarginalizowany w tym sezonie, przez co pewne wydarzenia z jego udziałem uderzają słabiej, niż powinny. Obawiam się też, czy zmiany względem literackiego oryginału nie zemszczą się w kolejnych częściach sagi, ale nie wybiegajmy w przyszłość... Z równie dużą przyjemnością ogląda się wszystkie wątki związane z lady Violet Bridgerton, która po wielu latach żałoby i podporządkowaniu roli matki ponownie odkrywa swoją wewnętrzną dziewczynkę, między innymi dzięki kochankowi. Cieszy pogłębienie wątku królowej Charlotte i nadanie indywidualnych rysów służącym, a Katie Leung to doskonała zła macocha z baśni.
Netflix
Protagonistka traci nieco blask. Zakochana ze wzajemnością Sophie jest niestety mniej ciekawa od tej, która pozostawała niepewna uczuć Benedicta i swoich własnych. Polubiłam tę bohaterkę: z godnością znoszącą upokorzenia macochy, niedającą zabić w sobie radości życia, mającą własne zdanie pomimo niskiej pozycji społecznej. Trochę szkoda, że pod wpływem miłości staje się nieśmiałym dziewczęciem, a niestosowną propozycję Benedicta wybacza mu zbyt szybko, bez wyegzekwowania sensownych przeprosin.
Największym przegranym jest jednak sam Benedict. Fakt, że tyle czasu zajmuje mu rozpoznanie w Sophie nieznajomej z balu, można jeszcze tłumaczyć obraną konwencją. Jego bracia w poprzednich sezonach także tracili szare komórki pod wpływem miłości, więc może to rodzinna tendencja. Gorsza jest nierozważność, z jaką rozgrywa swój romans z pokojówką, a jaka nie czyni z niego romantyka, tylko egoistycznego Piotrusia Pana, który nie myśli o tym, w jaki sposób jego poczynania wpłyną na ukochaną z niższej klasy społecznej. Twórcy osiągają też efekt odwrotny od zamierzonego, kiedy każą Benedictowi nachodzić urażoną niestosowną propozycją, unikającą mężczyzny Sophie – to nie jest urocze; pracodawca wykorzystuje tu swoją pozycję, by nagabywać podwładną. Historia Benedicta ma konserwatywny wydźwięk: bohater od początku szukający dla siebie miejsca poza salonami arystokracji w końcu podporządkowuje się woli matki i odrzuca wolne życie artysty. Rodzinny buntownik pod wpływem miłości traci swój charakter. Mam szczerą nadzieję, że podobne traktowanie nie spotka Eloise, której najprawdopodobniej zostanie poświęcony kolejny sezon.
Netflix
Niepokojąca wydaje się tendencja do instrumentalnego traktowania postaci drugoplanowych i zmieniania ich charakteru względem tego, co ustalono na ich temat wcześniej. To zaburza poczucie wiarygodności tego świata. Penelope jest fetowana jako lady Whistledown, ale już Cressida, która tylko się pod nią podszywała, spotyka się z ostracyzmem – dodatkowo zapomniano o wszystkich smutniejszych rysach, jakie nadano tej postaci w sezonie trzecim. Trudno wybaczyć także spłaszczenie postaci niemal nieobecnej lady Featherington czy wspomnianego już Johna. I gdzie jest Daphne, która nie pojawia się nawet na ślubie własnego brata?
Wszystkie wady czwartego sezonu nie sprawiają przy tym, że "Bridgertonowie" zatracili swój wdzięk. To wciąż serial oferujący ogromną przyjemność odbiorczą. Jeśli oglądacie nowe odcinki, to pewnie jesteście już zżyci z tymi bohaterkami i bohaterami. Lubicie przebywać z nimi na herbatkach, spacerach i wieczorkach. Ja nadal chętnie to robię. Finał sezonu ma w sobie duży ciężar emocjonalny i dowozi to, co w tego typu opowieściach najważniejsze: wzruszenie. Dzięki temu historia Sophie i Benedicta kończy się z wysoką notą. Czar świata "Bridgertonów" nadal działa, pozostaje tylko mieć nadzieję, że pisanie pod "second screen viewing" oraz mniejsza dbałość o detale (zarówno wizualne, jak i narracyjne) nie zniszczy kolejnych odsłon tej historii.