Recenzja serialu

Choeaeui sawon (2026)
Ji-hyun Park
Hoon Kang
Hye-joon Kim

Od wielkiego BROMANCE’u do zwykłego romansu

"My Bias, My Boss" zaczyna się naprawdę uroczo. Jest fangirlowy chaos, idol, wieloletni bias, przypadkowe spotkanie w pracy i dwóch mężczyzn, których łączy długoletnia przyjaźń. Wszystko
Sam pomysł jest prosty, ale przyjemny. Nam Da Reum od lat jest fanką zespołu D.N.X, a jej wieloletnim biasem jest Lee Chan. Trafia do firmy, w której pracuje Chan, tylko że… nie jako jej szef. Prezesem jest jego najlepszy przyjaciel, Kang Ha Gi. I właśnie tutaj zaczyna się cały bałagan: fan girl, idol, przystojny CEO, wspólna przeszłość i potencjalny trójkąt miłosny.

Najbardziej podobało mi się to, jak początkowo pokazano samo fanowanie. Da Reum nie jest po prostu dziewczyną przekonaną, że idol ją pokocha. Jej uczucie do Chana jest przede wszystkim podziwem i wdzięcznością, a nie romantyczną miłością. To bardzo dobrze wybrzmiewa szczególnie na początku. Jako osoba lubiąca k-pop doceniam, że pokazano, iż bycie fanką może dawać komuś radość, przyjaźnie, motywację czy nawet poczucie przynależności. Idol może być dla kogoś ważny, niekoniecznie dlatego, że chce się z nim umawiać.

I właśnie dlatego początek tak dobrze działał. Da Reum była zabawna, trochę chaotyczna, momentami wręcz przesadnie fangirlowa, ale miała w sobie dużo uroku. Jej relacja z zespołem i fanowskim środowiskiem była jednym z najciekawszych elementów całego serialu. Szkoda, że później ten potencjał został w dużej mierze odsunięty na bok.

Bo naprawdę - po co nam 12 odcinków, skoro historia zaczęła wyglądać tak, jakby idealnie nadawała się na film? Zamiast rozwijać to, co było najciekawsze, scenariusz wrzuca kolejne dobrze znane elementy: powrót byłej miłości, podejrzenie o szpiegostwo, problemy z przeszłości, kryzys w firmie, wyjazd za granicę i oczywiście obowiązkowe nieporozumienia. Wszystko jest poprawne, ale niewiele z tego zaskakuje.

I tutaj pojawia się mój największy problem: brak kreatywności. Mamy 2026 rok, a scenarzyści nadal wyciągają te same romcomowe klocki z szuflady. Sam fakt, że fabuła jest przewidywalna, nie musi być wadą - czasami właśnie dla przewidywalnej historii włącza się k-dramę. Ale jeśli historia jest już tak znajoma, powinna mieć coś, co ją wyróżni. Tutaj tego elementu zabrakło.

Najbardziej żałuję niewykorzystanego potencjału relacji Ha Giego i Chana. To właśnie ich bromance był dla mnie jednym z powodów, dla których chciałam oglądać dalej. Dwóch przyjaciół, wspólna przeszłość, różne charaktery, sukces, idolowa przeszłość Chana i pozycja Ha Giego jako prezesa - z tego można było zrobić naprawdę świetną historię o przyjaźni wystawionej na próbę. Zamiast tego dostaliśmy przede wszystkim klasyczny konflikt dwóch mężczyzn zainteresowanych tą samą kobietą.

I szczerze? Ten trójkąt nie był dla mnie zbyt przekonujący.

Od początku było jasne, że Ha Gi ma zdecydowanie większe szanse. Chan jest ważny dla Da Reum jako jej idol, ale kiedy dziewczyna zaczyna poznawać go jako człowieka, bardzo szybko okazuje się, że jej uczucie nie jest romantyczne. To akurat uważam za jeden z lepszych pomysłów serialu. Da Reum sama dochodzi do tego, że kochała swojego biasa jako fanka, a nie jako potencjalnego partnera.

Chan z kolei nie jest złym człowiekiem. Jego zachowanie może być momentami egoistyczne, ale można zrozumieć, skąd się bierze. Otrzymując uwagę od wieloletniej, lojalnej fanki, poczuł się doceniony i uznał, że może za tym kryć się coś więcej. Problem polega na tym, że serial nie daje mu wystarczająco dużo przestrzeni, żeby rzeczywiście zbudować romantyczną konkurencję dla Ha Giego. Zamiast prawdziwego trójkąta dostajemy raczej jedną stronę, która od początku stoi na przegranej pozycji.

A szkoda, bo można było zrobić z tego coś naprawdę ciekawego - zwłaszcza że Chan i Ha Gi mieli już gotową historię przyjaźni. Niestety, zamiast mocnego bromance'u i emocjonalnego konfliktu przyjaciół dostajemy momentami dość typową przepychankę miłosną.

Na szczęście chemia głównej pary działa. Kang Hoon i Kim Hye Jun dobrze się ze sobą czują na ekranie, a ich drobne sprzeczki, reakcje i codzienne interakcje są znacznie przyjemniejsze niż najbardziej dramatyczne momenty fabuły. Kang Hoon szczególnie dobrze wypada w komediowych scenach. Jego Ha Gi zaczyna jako typowy chłodny CEO, ale z czasem pokazuje znacznie bardziej miękką stronę.

Ha Gi jest przy tym jednym z tych rzadkich dramowych CEO, którzy nie muszą być toksyczni, żeby być interesujący. Jest uważny, troskliwy i szanuje Da Reum. Nie próbuje na siłę zdobywać jej uczuć. Dzięki temu jego relacja z bohaterką rozwija się spokojniej i naturalniej. Można zrozumieć, dlaczego właśnie przy nim zaczyna czuć się bezpiecznie. Team Ha Gi zdecydowanie.
Kim Hye Jun również jest dużym plusem. Da Reum ma w sobie coś bardzo sympatycznego, a aktorka dobrze odnajduje się w lżejszym, komediowym materiale. Momentami rzeczywiście przypomina mi trochę Park Bo Young - ma podobną umiejętność grania postaci, która jest jednocześnie zabawna, trochę niezręczna i bardzo łatwa do polubienia.

Szkoda tylko, że scenariusz czasami przesadza z jej "fangirlowością". Dorosła, kompetentna kobieta potrafi nagle zachowywać się jak nastolatka, która nie umie sklecić prostego zdania. Początkowo jest to zabawne, ale z czasem zaczyna bardziej przeszkadzać niż bawić. Zwłaszcza że Da Reum jako pracownica jest naprawdę zdolna, pracowita i samodzielna. Tym bardziej dziwi regres do typowego schematu "uroczej, trochę głupiutkiej bohaterki".

Ciekawie wypada również wątek oskarżenia o bycie sasaeng. To jeden z momentów, w których serial mógł powiedzieć coś więcej o granicy między zdrowym fanowaniem a obsesją. Tym bardziej że hipokryzja osób oskarżających Da Reum była wręcz absurdalna. Niestety, także tutaj historia tylko dotyka tematu i szybko idzie dalej.

Podobnie jest z samym D.N.X. To był dla mnie jeden z najfajniejszych elementów serialu i zdecydowanie chciałam dostać go więcej. Zespół wnosił energię, humor i trochę inny klimat niż typowy office romance. Cha Woo Min bardzo dobrze wypada jako Lee Chan - ma odpowiednią charyzmę i łatwo uwierzyć, że był idolem. Tym bardziej szkoda, że jego idolowe życie w dużej mierze znika gdzieś po drodze.

W ogóle mam wrażenie, że serial miał za dużo dobrych pomysłów, żeby żaden z nich nie został naprawdę rozwinięty. D.N.X., relacja Chana i Ha Giego, fanowska społeczność, życie idola, kariera Da Reum, jej dojrzewanie i usamodzielnianie się, problemy z przeszłości… To wszystko mogło stworzyć naprawdę ciekawą całość. Zamiast tego każdy element dostaje trochę czasu, a potem zostaje porzucony na rzecz kolejnego.

Najbardziej odczuwalne staje się to w drugiej połowie. Po mniej więcej ósmym odcinku pojawia się konflikt, który wreszcie daje historii trochę więcej energii, ale jednocześnie człowiek zaczyna myśleć: dlaczego dopiero teraz? Gdyby scenariusz wcześniej poszedł w tę stronę, zamiast opierać się na kolejnych nieporozumieniach i trójkącie, całość mogłaby być znacznie ciekawsza.

Nie wszystko jednak było przeciętne. Podobała mi się atmosfera serialu, lekko nostalgiczne zdjęcia i spokojne lokacje. Doceniam też wplecenie koreańskiej tradycji i symboliki tradycyjnego węzła. Takie elementy zawsze są dla mnie miłym dodatkiem, szczególnie kiedy pokazują tradycję w nowoczesnym kontekście.

Są też słodkie pary drugoplanowe, które nie próbują ukraść całego serialu, choć momentami chciałabym zobaczyć więcej przyjaciół Da Reum. Ich relacje zostają niestety zmarginalizowane, kiedy główny romans zaczyna zajmować coraz więcej miejsca.

A sam romans? Uroczy, ale bez większego efektu "wow". Rozumiem, dlaczego Ha Gi i Da Reum się w sobie zakochują. Ich relacja ma sens i opiera się bardziej na komforcie, zaufaniu i poznawaniu drugiej osoby niż na nagłym, absurdalnym przeznaczeniu. To mi się podobało. Ale brakowało mi tego czegoś, co sprawia, że człowiek zaczyna kibicować parze z wypiekami na twarzy. Niektóre sceny romantyczne były po prostu… okej. Nawet słynny przypadkowy pocałunek był dla mnie bardziej wymuszony niż uroczy.

I bardzo żałuję, że przy zaledwie 12 odcinkach nie dostaliśmy więcej ich życia już po zejściu się. Zamiast kolejnych nieporozumień chętnie zobaczyłabym zwyczajnie więcej ich randek, rozmów i codzienności. Skoro chemia działała, warto było ją wykorzystać.

Na szczęście finał nie jest katastrofą. Wszystko zostaje domknięte, bohaterowie dostają swoje zakończenia, a całość pozostawia raczej przyjemne wrażenie. Nie było wielkiego "wow", ale też nie miałam poczucia, że zmarnowałam czas.

I chyba właśnie tak najlepiej podsumować "My Bias, My Boss". Nie jest to zły serial. Jest po prostu serialem, który mógł być znacznie lepszy. Początek był przeuroczy i naprawdę dał mi nadzieję na lekką, zabawną historię z świetnym bromance'em, ciekawym światem k-popu i nietypowym spojrzeniem na fanowską miłość. Ostatecznie dostaliśmy jednak przede wszystkim kolejny, dość bezpieczny office romance.

Obsada zdecydowanie podnosi poziom całości. Kim Hye Jun, Kang Hoon i Cha Woo Min robią, co mogą, żeby nadać swoim postaciom życie, a ich chemia sprawia, że nawet słabsze fragmenty da się oglądać bez większego bólu.

Czy polecam? Raczej jako lekką, niezobowiązującą pozycję dla fanów obsady albo k-popowego klimatu. Nie jest to jednak drama, którą koniecznie trzeba zobaczyć. Jeśli szukacie czegoś uroczego na kilka wieczorów i macie tolerancję na klasyczne romcomowe klisze - można spróbować. Tylko szkoda, że z całego tego potencjału zostało ostatecznie tak niewiele.
1 10
Moja ocena serialu:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?