Recenzja serialu

Czterej pancerni i pies (1966)
Konrad Nałęcki
Andrzej Czekalski
Janusz Gajos
Franciszek Pieczka

Krew naszych bohaterów czerwieńszą jest!

Serial „Czterej pancerni i pies” pierwszą emisję miał w 1966 r., gdy telewizja oferowała tylko jeden program, a w tygodniu nadawano najwyżej dwa filmy fabularne. Z powodu niedoboru telewizorów ...
Serial „Czterej pancerni i pies” pierwszą emisję miał w 1966 r., gdy telewizja oferowała tylko jeden program, a w tygodniu nadawano najwyżej dwa filmy fabularne. Z powodu niedoboru telewizorów również w kinach wyświetlano bloki po 2 odcinki. Od tej pory serial o dzielnych czołgistach i genialnym psie zajął trwałe miejsce w popkulturze. Początkowo każdy chłopak marzył, by być w zabawie Jankiem, dziewczynom imponowała Lidka, najmłodsi chcieli być choćby Szarikiem. Czołgów z kartonu na podwórku już nikt nie buduje, ale serial wciąż jest oglądany i to nie tylko przez widzów ponad 50-letnich.

Fenomenu popularności należy dopatrywać się w utrafieniu w zapotrzebowanie społeczne. Autor pierwowzoru literackiego i współtwórca scenariusza filmu, Janusz Przymanowski, nie stworzył bowiem kolejnego socrealistycznego produkcyjniaka czy filmu o sukcesach UB-eka zwalczającego reakcyjne podziemie. Powstał serial, którego głównym w wątkiem jest przyjaźń zawiązana w czasie próby, jakim jest wojna. Ponadto nie ukrywano faktu trudnych wojennych losów Polaków  w ZSRR czy różnic rodowodu postaci i zapatrywań na przyszłą Polskę. Choć nie można mówić o obiektywizmie, był to wówczas wielki postęp w traktowaniu widza. Jak na lata 60-te „Czterej pancerni i pies” są superprodukcją. Zawdzięczają to po części hojnemu finansowaniu przez państwo, ale też niemal nieograniczonej współpracy wojska, świetnemu zespołowi aktorskiemu i ekipie realizacyjnej. W serialu użyto nawet oryginalnego poniemieckiego sprzętu artyleryjskiego i samochodów.

O pewnej odwilży w ówczesnej Polsce świadczy pochodzenie i losy bohaterów serialu, którzy niewiele wcześniej nie zostaliby przyjęci z tego powodu do ZMP, a i pracę stracić by mogli. Przykładowo, Janek Kos (Janusz Gajos) trafił do wojska znad Ussurii, jak się tam dostał mowa była na okrągło, bo przy braku swobody podróżowania musiała to być wywózka. Gustlik Jeleń (Franciszek Pieczka), Ślązak z Ustronia, został przymusowo wcielony do Wehrmachtu, z którego przedarł się „do Ruska” i mógł walczyć w polskim mundurze. Franek Wichura, zwany „królem kazachstańskich szos”, też się tam nie urodził, tylko zapewne został wypuszczony z pociągu w step, jak większość deportowanych Polaków. Ojciec Janka natomiast - Stanisław Kos (Stanisław Jasiukiewicz), to przedwojenny oficer, który walczył na Westerplatte, a potem działał w Gryfie Pomorskim (organizacji bojowej raczej mało lubiącej się z NKWD). A Tomek Czereśniak (Wiesław Gołas) był w partyzantce, bynajmniej nie komunistycznej i do wojska niósł swoją broń – brytyjskiego Stena.

Rzecz jasna celem serialu była też propaganda przyjaźni w ramach bloku socjalistycznego. Dlatego pewne sytuacje obrazują realia lat 60-tych, a nie czasów wojny. Polskie oddziały mają oficerów Polaków, co najwyżej po stażu w Armii Czerwonej. Sympatycznymi, barwnymi postaciami są sojusznicy - Rosjanie tacy jak starszyna (starszy sierżant) Czernousow (Janusz Kłosiński), kapitan Pawłow (Aleksander Bielawski) czy Marusia (Pola Raksa), że nie wspomnę o członku załogi czołgu Gruzinie Grigoriju Sakaaszwilim (Włodzimierz Press). Czerwonoarmiejcy, idąc do ataku, nie wołają „za Stalinu”, czego wymagali od nich wówczas politrucy. Nie czują też na karku oddechu oddziałów Smierszy. Nie ma też nienawistnej propagandy antyniemieckiej. Pojawia się nawet dobry Niemiec (jak w ówczesnym dowcipie o Lechu, Czechu, Rusie i NRD-usie) obergefreiter Kugel (Stanisław Gronkowski), za którego wystarczy poręczyć słowem, aby nie poszedł do niewoli.

Są, rzecz jasna, w serialu momenty, przy których flaki się w widzu przewracają, bo wciska się jedyna słuszna ideologia. W odcinku „Radość i gorycz”, gdy czołg 102 jedzie przez most, Gustlik pyta o nazwę rzeki. Usłyszawszy, że to Bug, mówi „teraz my są doma”, co jest rażącym anachronizmem. Armia składająca się głównie z kresowiaków już była w rodzinnych stronach po wejściu na Polesie czy Wołyń. Później za zgodą Roosevelta i Churchilla z konferencji w Teheranie i w Jałcie mieli być  z ojcowizny wysiedleni. Z kolei w chałowatym zakończeniu serialu z seryjnymi ślubami okazuje się, że Czereśniak senior nie tylko pokochał nową władzę, ale nawet jest sekretarzem PPR-u.

To ze Wschodu przyszła wolność od okupacji niemieckiej, a wkroczenie Armii Czerwonej dla większości Polaków nie było pierwszym dniem ponad 40-letniej żałoby. Zniewolenie przez nową władzę budowano jednak stopniowo i nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że pacyfikacja opornych kosztowała dziesiątki tysięcy ofiar. Piszący historię na nowo obarczają jednak współodpowiedzialnością żołnierzy z orzełkiem bez korony, jako bez mała grabarzy aspiracji niepodległościowych Narodu. A przecież niektórzy z nich równie dobrze mogli dostać się do armii Andersa i zdobywać Monte Cassino, a krew tam poległych wcale nie była czerwieńsza.  Często przypadek decydował o drodze, którą żołnierze szli do Polski. Właśnie wstąpienie do armii dawało szansę na wyrwanie się z miejsca często przymusowego pobytu i powrotu do swoich. A tymczasem nad ich głowami mocarstwa dzieliły strefy wpływów i przesuwały granice.

 Jednak w 2006 r. zapadła decyzja, jak z filmu "1984" według George'a Orwella i serial „jako zakłamujący historię Polski” został zdjęty z ramówki, co więcej TVP odmawiała udostępniania go kanałom komercyjnym. Doznaliśmy swoistego deja vu, znów zaczęto decydować o tym, jak mamy myśleć.  Dopiero „Kino Polska” wyłamało się dzięki nabyciu praw do wersji kinowej, a później (po protestach widzów) również w TVP wróciła normalność. Każdy ma pilota, wybór kanałów jest duży i sam widz może decydować – na tym polega demokracja.

Serial „Czterej pancerni i pies” jest pewnego rodzaju fenomenem. Trudno znaleźć kogoś, kto o nim nie słyszał czy nie ma zdania na jego temat. Jedni go uwielbiają, inni nienawidzą, zatem zachęcać do oglądania nie trzeba. Choć raczej nie należy uczyć się z niego historii, nadal jest dobrą rozrywką, bo uchwycił to, co najważniejsze.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
92% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (72 głosy).
Udostępnij:
Serial "Czterej pancerni i pies" znają chyba wszyscy. Kiedy pojawiał się na ekranach telewizorów, ulice się wyludniały, a Polacy z napięciem śledzili losy załogi ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 94%