Recenzja Sezonu 2

Dżentelmeni (2024)
Guy Ritchie
David Caffrey

Włoska robota

Za chwilę premierę będzie miał drugi sezon serialu "Mobland", również pod opieką Guya Ritchiego. Pojawia się zatem fundamentalne pytanie, czym tak naprawdę różnią się oba seriale.
Włoska robota
Kiedy w drugim sezonie "Dżentelmenów" Eddie Horniman (Theo James – swoją drogą idealny James Bond, gdyby był o kilka lat młodszy) leci do słonecznej Italii, by spotkać się z tamtejszym szefem wszystkich szefów, jesteśmy nieco pogubieni. Dżentelmeni kontra Makaroniarze? Camden Hells kontra Peroni? O co tutaj chodzi? Wszystko staje się jasne w ułamku sekundy, gdy okazuje się, że we wspomnianego capo di tutti capi wciela się sam Sergio Castellitto (ostatnio m.in. "Konklawe"), facet o twarzy najgorszego skurczybyka swojego pokolenia. No i się zaczyna – przed nami włoska robota, interesy, groźby, nowe rejony (nie tylko kraj Dantego!) i wiele ofiar (mniej lub bardziej niewinnych).

Na samym wstępie warto zaznaczyć, że nie mamy do czynienia z bezpośrednią (typową?) kontynuacją per se. Chociaż twórcy podążają ścieżką obraną w poprzednim sezonie, nie boją się wprowadzić parę nowych rozwiązań. W nowych odcinkach będziemy skakać między Wielką Brytanią a Włochami, a kolejne pionki stopniowo zaczną dołączać do tej brutalnej gry. Może dlatego do świata przedstawionego warto wrócić, nie wiedząc za dużo – wystarczy jedynie pamiętać, że nasz wygadany Eddie współpracuje aktualnie z serialową femme fatale Susie (Kaya Scodelario), a oboje muszą podporządkować się Bobby'emu (Ray Winstone), głowie brytyjskiego syndykatu, który – przypomnijmy – jest także ojcem samej Susie.


Skala stawki również zdaje się dosyć podobna do tej z pierwszego sezonu: pojawiają się trudności w skali mikro (animozje między Eddiem a Bobbym) i makro (w najmniej oczekiwanych momentach do drzwi pukają nowi i starzy znajomi). Ludzie z zewnątrz wciąż stanowią zagrożenie – Eddie nie bardzo wie, komu może zaufać, bo tak naprawdę każdy pragnie mu wbić nóż w plecy. Taką "niepewną" dla biznesu Brytyjczyków osobą będzie Cico Maldini, w którego wciela się Michele Morrone, znany polskim widzom z "365 dni". To jeden z nielicznych przykładów metacastingu w "Dżentelmenach" – niby Morrone dalej świeci twarzą włoskiego modela, ale nie wciela się już w kolejnego byczka Fernando. Wręcz przeciwnie – w serialu bardziej przypomina chytrego lisa, który ma większe ambicje niż rzeczywisty potencjał. Taki człowiek wprowadzi tylko i wyłącznie chaos do biznesu wyspiarzy, który opiera się na porządku wyznaczonym przez angielską tradycję.

Jeżeli estetyka serialu i jego dynamika (akcja sunie do przodu niczym bolid Maxa Verstappena) pozostają wprawdzie podobne do odcinków sprzed lat, to co tak naprawdę wyróżnia ten sezon? Prawdopodobnie jego fabularna nieprzewidywalność. "Dżentelmenów" oglądamy z zapartym tchem, bowiem trudno przewidzieć, dokąd te gangsterskie roszady rzeczywiście zmierzają. Czy Eddie i Bibby będą w stanie się dogadać? Jaką faktyczną rolę odgrywają w tym spektaklu Włosi? I co się dzieje z szalonym Freddym (Danny Ings), którego obecność twórcy stopniowo dawkują z odcinka na odcinek? Tyle pytań, a odpowiedzi na wiele z nich nie znajdziemy już na samym początku drogi. W czasach, w których seriale od razu wykładają kawę na ławę, a powtarzalne dialogi oferują łopatologiczną ekspozycję, taki rodzaj storytellingu wywołuje w widzu wręcz fizyczny rodzaj ekscytacji.


Za chwilę premierę będzie miał drugi sezon serialu "Mobland", również pod opieką Guya Ritchiego. Pojawia się zatem fundamentalne pytanie, czym tak naprawdę różnią się oba seriale. Można obstawiać, że nad tą kwestią zastanawiał się sam Ritchie, dlatego w nowej odsłonie "Dżentelmenów" niejako humanizuje swoich bohaterów. Choćby Winstonowski Bobby na stare lata okaże się nie aż tak nieomylny (zaciera się granica między brytyjskim diabłem-bossem i po prostu starym prykiem), a prawa ręka familii – grana przez Vinniego Jonesa – zaczyna jawić się jako podpora rodziny, człowiek serdeczny i o dobrym sercu.

Tak czy siak, najciekawsze dotyczą naszej ulubionej dwójki – między Susie a Eddiem wciąż co nieco iskrzy, nawet jeśli oboje postanawiają zachować pełny profesjonalizm, szukając miłości i spełnienia gdzie indziej. Ona spotyka dobrego znajomego sprzed lat, przy okazji szukając autonomii w życiu zbudowanym wokół zakazów i rozkazów zarazem. Susie nie chce wiecznie być w cieniu ojca, który traktuje ją bardziej jak podwładną w firmie niż jako własną córkę. On także ucieka – nieco nieumyślnie w przemoc, a dodatkowo i w objęcia nowo poznanej kobiety (Włoszki – nie mogło być inaczej!), w której widzi wybawienie ze wszelkich problemów (zarówno dzisiejszych, jak i wczorajszych).


Motyw przewodni serialu wybrzmiewa wraz z postacią Eddiego, czującego na każdym kroku, że ta robota ma szansę go przerosnąć. Teoretycznie "Mobland" poruszał podobne kwestie (ile jesteś w stanie zrobić, żeby osiągnąć sukces?), ale tam postacie już dawno temu były przesiąknięte złem i żądzą wszechobecnego uznania. Tu natomiast Eddie walczy sam ze sobą – marzy o władzy i szacunku, ale z drugiej strony ma z tyłu głowy, że być może obrana ścieżka wymaga od niego zbyt wielkiego poświęcenia.

"Dżentelmeni" są serialem niejako "sprawdzającym" naszych (anty)bohaterów. Czy jesteś gotowy, by stać się tytułowym "dżentelmenem"? W oryginalnym filmie Matthew McConaughey wiedział, kiedy odpuścić i po prostu podążać własną drogą. A czy Eddie zdecyduje się na podobny krok? Czy może wciąż będzie upadać, by wreszcie powstać niczym feniks, silniejszy niż kiedykolwiek? W drugim sezonie dowiemy się o tym po dżentelmeńsku – bez zbędnego small talku, a właśnie wprost i w punkt; klarownie i pomijając wszelkie ekranowe zapychacze. Czyli w sposób, do którego Ritchie przyzwyczajał nas na przestrzeni ostatnich lat w swoich najlepszych produkcjach.
1 10
Moja ocena serialu:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Dżentelmeni
Jest taka znana powieść (i jeszcze słynniejsza adaptacja) o najmłodszym synu pewnego Sycylijczyka. Ten,... czytaj więcej