Powinno być nielegalne, a jednak

Paradoksalnie "Elle" działa najlepiej w oderwaniu od "Legalnej blondynki". Większość zarzutów względem serialu opiera się właśnie na porównaniach z filmem, które wymieniłam wyżej. To wszystko
Powinno być nielegalne, a jednak
źródło: Materiały prasowe
Zaczyna się dość siermiężnie. Zgodnie z obawami. Prequel "Legalnej blondynki" (2001) – jednego z najbardziej wpływowych feministycznych filmów w historii kina (zero przesady) – to dość kuriozalny pomysł. Elle Woods przechodzi swoją transformację dopiero po dostaniu się na Harvard. Cokolwiek wydarzyło się w jej życiu wcześniej, nie uświadomiło jej, jak silną i mądrą jest kobietą – a przynajmniej nie mogło jej tego uświadomić, jeśli fabuła "Legalnej blondynki" ma zachować sens. Elle Woods nie potrzebuje origin story, ponieważ już ją ma: wychowana na płytkich wartościach, rozpieszczona dziewczyna zostaje wyrzucona z Barbielandu w momencie, gdy chłopak ją rzuca, bo "jest za głupia na żonę prawnika". To motywuje bohaterkę do dostania się na prestiżowe studia, gdzie konfrontuje się z nieprzychylnym otoczeniem i na przekór wszystkim odkrywa własny potencjał. Jednocześnie Elle Woods do samego końca pozostaje sobą, słodką blondynką w różu, i to właśnie stanowi najważniejsze przesłanie filmu – bycie kobiecą nie wyklucza się z byciem kompetentną, a w szufladce nie warto zamykać ani innych, ani samej siebie.

Z tych względów do seansu zasiadałam nastawiona sceptycznie, a początkowe sceny z udziałem Lexi Minetree wcielającej się w nastoletnią Elle Woods w niczym nie pomogły. Pierwszy odcinek w dużej mierze skupia się na demonstrowaniu, jak dobrze 25-letnia aktorka naśladuje manieryzmy Reese Witherspoon z oryginalnego filmu. Mimikra faktycznie się udaje, ale utrudnia Minetree zbudowanie własnej postaci. Dopiero po odhaczeniu licznych nawiązań do filmu i poznaniu historii pieska Bruisera twórcy pozwalają aktorce na więcej luzu, a może po prostu ona sama zaczyna czuć się w roli pewniej i dzięki temu wypada naturalniej.


Taki typ gry aktorskiej gryzie się też miejscami z obraną konwencją. "Legalna blondynka" to przede wszystkim komedia, dlatego przerysowane zachowanie Reese Whiterspoon do niej pasuje. "Elle" komedią nie jest. Czasami bywa zabawnie, ale to przede wszystkim obyczajowa teen drama. Wrzucona w realistyczny scenariusz, a grająca w bardzo teatralny, zbliżony do "pierwszej" Elle sposób Minetree sprawia kuriozalne wrażenie w początkowych odcinkach, w których jej postać nie zaadaptowała się jeszcze do nowego środowiska.

No właśnie: akcja "Elle" także przypomina akcję "Legalnej blondynki". 16-letnia Elle Woods ze względu na problemy ojca przenosi się z Los Angeles do Seattle. W 1995 roku, kiedy toczy się akcja serialu, niepodzielnie króluje tam grunge. To dobrze dla widzów – w soundtracku dominują rockowe klasyki z epoki, takie jak wykorzystane w czołówce "Only Happy When it Rains" grupy Garbage, co kreuje klimat, działa na nostalgię i stanowi świetny kontrapunkt dla wizerunku głównej bohaterki. Gorzej grunge znosi sama Elle. W nowej szkole szybko dostaje łatkę dziwadła. Jeśli myśleliście, że prawnicy z Harvardu byli dla niej niemili, to poczekajcie, aż poznacie Kimberly (Chandler Kinney). Elle Woods nie zamierza się jednak poddawać. Zawalczy o pozycję w liceum, znajdzie przyjaciół, przekona do siebie towarzystwo, a nawet wpadnie na trop szkolnej korupcji i stanie w centrum detektywistycznej akcji uczniowskiej, w której bohaterka odkryje własny talent do analitycznego myślenia, odwagę i społeczną wrażliwość. Brzmi znajomo?


Paradoksalnie "Elle" działa najlepiej w oderwaniu od "Legalnej blondynki". Większość zarzutów względem serialu opiera się właśnie na porównaniach z filmem, które wymieniłam wyżej. To wszystko prawda: "Legalna blondynka" nie potrzebowała prequela. A jednak każdy tytuł należy oceniać przede wszystkim jako samodzielne dzieło kultury. Elle Woods, jako popkulturowa ikona, zasługuje na różne interpretacje swojej postaci. Z kolei "Elle" zasługuje na dobrą ocenę, bo jako młodzieżowy serial sprawdza się wzorowo. Wciągnęłam się w tę historię dopiero w okolicach trzeciego odcinka – początek jest najsłabszym elementem tej narracji – ale gdy już wpadłam, to na dobre.

"Elle" ma w sobie urok starych młodzieżówek, otwarcie nawiązuje m.in. do "Clueless" i "Klubu winowajców", doskonale oddaje najntisowy klimat. To serial nakręcony z myślą o podobaniu się nastolatkom, a nie ich diagnozowaniu. Opowieść o dorastaniu przed erą social mediów jest kojąca, a nadal czekająca na pierwszy pocałunek Elle – uroczo niewinna. Ten serial jest bezwstydnie cozy. Twórcy nie próbują nas zwodzić obietnicami wielkich dramatów i przełomowych wydarzeń, świadomi prequelowych ograniczeń – wiemy przecież, że Elle prędzej czy później wyprowadzi się z Seattle, a jej szkolne zauroczenia nie przerodzą się w miłość do grobowej deski, więc te pierwsze dorosłe decyzje również przedstawia się w lekkim tonie. Zamiast tego historia krąży dookoła uniwersalnych problemów wieku dojrzewania, od próby dostania się na staż po pierwsze imprezy. Kiedy Elle Woods poczuje się pewniej w nowej szkole, a Lexi Minetree w wymagającej roli, przypomnicie sobie, za co kochacie tę postać. "Elle" jest jak spotkanie z przyjaciółką z dzieciństwa.


Dla szesnastolatki najbliższą osobą wciąż pozostaje mama i to właśnie Eva Woods (June Diane Raphael) jest najciekawszą obok samej Elle postacią w serialu; i często najzabawniejszą. Między bohaterkami jest sporo podobieństw, są tak samo zaradne i pomysłowe, ale Eva nigdy nie przeszła takiej wewnętrznej transformacji jak jej córka i pozostaje zamknięta w świecie rodem z reality "Żony Hollywood". Widzimy, że to ona wychowała Elle na kulcie wyglądu i powierzchownych wartości, ale także, że to jej bezwarunkowemu wsparciu dziewczyna zawdzięcza swoją niezachwianą pewność siebie, którą w "Legalnej blondynce" już ma, a w prequelu dopiero buduje.

Wśród zarzutów pojawia się także ten, że "Elle" jest "tylko" serialem dla nastolatek, pozbawionym większej stawki i skupionym na "nudnej" codzienności. Pod tym względem niewiele się zmieniło od 2001 roku – uroda Barbie w opinii snobów z Harvardu nie pasowała do wizerunku inteligentnej prawniczki, a "propozycja dla młodych kobiet" w powszechnym mniemaniu wciąż wyklucza się z opisem dobrego serialu/filmu. Jednak dla nastolatek i tych widzek, których wewnętrzna nastolatka jeszcze nie umarła, "Elle" będzie cieplutkim i przyjemnym kierunkiem na te wakacje.
1 10
Moja ocena serialu:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?