"Lalka" Netflixa nie wzbudziła we mnie rozmyślam o tym czy jest wiernym odwzorowaniem oryginału. Zastanawiam się raczej czy da się bardziej realnie odzwierciedlić relacje międzyludzkie?
"Lalka" Netflixa jest dla mnie trochę romansem „Bridgertonów” ze stylem Guya Ritchiego. Jest szybka, bezczelna, momentami przerysowana. Ma romans, pieniądze, seks, brud, przemoc, klasowe rozgrywki i ludzi robiących bardzo nieeleganckie rzeczy w bardzo eleganckich ubraniach. XIX-wieczna Warszawa nie jest tutaj stateczną dekoracją z ekranizacji lektury szkolnej. Żyje, śmierdzi, pije, pożąda i kombinuje.
Można oczywiście dyskutować, ile w tej „Lalce” zostało z Prusa. Mnie jednak podczas oglądania zainteresowało coś innego.
To jest opowieść o ludziach, którzy właściwie się nie widzą.
Widzą swoje wyobrażenia o innych.
I im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to jednym z najbardziej uniwersalnych elementów „Lalki”.
Wokulski przecież nie kocha Izabeli takiej, jaka ona jest. Przynajmniej początkowo właściwie jej nie zna. Kocha kobietę, którą z niej stworzył. Piękną, subtelną, wyjątkową istotę należącą do świata, do którego przez całe życie próbował się dostać. Izabela jest dla niego jednocześnie kobietą i symbolem. Jeśli ją zdobędzie, być może okaże się, że wszystko miało sens: pieniądze, praca, upokorzenia, awans społeczny, całe mozolne budowanie siebie.
Tylko że prawdziwa Izabela wcale nie chce dopasować się do tej fantazji.
I wtedy zaczyna się tragedia.
Ale Izabela robi przecież dokładnie to samo.
Ona również nie widzi Wokulskiego.
Widziała kupca. Dorobkiewicza. Człowieka spoza jej świata. Później widzi pieniądze, ratunek dla ojca (o matko jak on mnie wkurzał), niewygodnego adoratora, potencjalnego męża, zagrożenie dla własnej autonomii. Jej Wokulski także jest konstrukcją.
I chyba właśnie dlatego najbardziej podobała mi się dynamika, z jaką serial pozwala nam poznawać tę dwójkę.
Bo najpierw sami dajemy się złapać dokładnie w tę samą pułapkę (tak samo jak w książce).
Izabelę poznajemy od wspaniałości do pogardy. Najpierw fascynuje. Potem coraz wyraźniej widzimy jej próżność, klasizm, egoizm i okrucieństwo. Idealny obraz zaczyna pękać, aż niezwykle łatwo pomyśleć: Wokulski zasługuje na kogoś lepszego.
A potem serial robi coś znacznie ciekawszego niż zwyczajne potępienie Izabeli (tutaj serial robi lepszą psychologicznie robotę).
Pozwala nam ją poznać.
Zaczynamy dostrzegać kobietę wychowaną w świecie, który nauczył ją patrzeć na ludzi właśnie w taki sposób. Kobietę uprzywilejowaną, ale jednocześnie mającą zaskakująco mało rzeczywistej kontroli nad własnym życiem. Jej ojciec może doprowadzić rodzinę do ruiny, ale to ona będzie musiała zapłacić za to własną przyszłością. Może wybierać mężczyzn, ale w świecie, w którym żyje, wybór mężczyzny jest jednocześnie wyborem bezpieczeństwa, pozycji i dalszego życia.
Nie przestajemy widzieć jej wad. Po prostu przestają być wszystkim, co widzimy.
Z Wokulskim serial robi rzecz odwrotną.
Na początku, oglądany z zewnątrz, może budzić wręcz niepokój. Bogaty, starszy mężczyzna zakochuje się w młodej kobiecie, która go nie chce. Zaczyna pojawiać się w jej świecie. Wchodzi w finansowe sprawy jej rodziny. Pieniądze pozwalają mu stopniowo usuwać przeszkody stojące między nim a kobietą, której zapragnął.
Gdybyśmy niczego więcej o nim nie wiedzieli, historia mogłaby być naprawdę paskudna.
Tyle że potem poznajemy Wokulskiego.
Poznajemy jego samotność. Upokorzenia. Ambicję. Człowieka, który całe życie próbował przekroczyć granicę świata, do którego nie miał prawa należeć. Człowieka zdolnego, silnego i niezwykle skutecznego, a jednocześnie kompletnie bezradnego wobec własnej potrzeby bycia kochanym.
I zaczynamy mu współczuć.
Jego zachowania nie przestają być przez to problematyczne. Jego obsesja nie przestaje być obsesją.
Ale przestaje być wszystkim, co widzimy.
I może właśnie tutaj „Lalka” Netflixa jest najbliżej Prusa.
Nie wtedy, kiedy odtwarza konkretne wydarzenia z książki, ale wtedy, kiedy "robi nam rzeczy".
Najpierw daje nam wyobrażenie człowieka.
Potem pozwala nam w nie uwierzyć.
A później zaczyna je niszczyć.
I nagle okazuje się, że Izabela nie jest ani boginią, ani pustą arystokratką. Wokulski nie jest ani romantycznym bohaterem, ani świrem z obsesją.
Są ludźmi.
Sprzecznymi, czasami małostkowymi, czasami wspaniałymi, krzywdzącymi innych i jednocześnie samymi rozpaczliwie potrzebującymi bliskości.
I tutaj „Lalka” przestaje być dla mnie historią o XIX-wiecznej Warszawie. Jest opowieścią uniwersalną.
Bo przecież my nadal robimy dokładnie to samo.
Spotykamy człowieka i niemal natychmiast zaczynamy go sobie opowiadać.
Ten jest silny. Ta jest chłodna. Ten mnie uratuje. Ta mnie nigdy nie skrzywdzi. Ten jest egoistą. Ta jest idealna. On mnie rozumie. Ona jest dokładnie taka, jakiej potrzebuję.
A potem zaczynamy budować relację nie tylko z człowiekiem, który stoi przed nami, ale również z postacią, którą stworzyliśmy sobie na jego podstawie.
Być może dlatego moment, w którym naprawdę zaczynamy kogoś poznawać, bywa tak trudny dla relacji.
Bo prawdziwy człowiek nieuchronnie zaczyna psuć swoją rolę.
Idealna partnerka okazuje się egoistyczna. Silny człowiek okazuje się przestraszony. Ktoś, kogo mieliśmy uratować, wcale nie chce być ratowany. Ktoś, kto miał zaspokoić nasze potrzeby, ma własne. Człowiek, którego uznaliśmy za chłodnego, okazuje się po prostu inaczej przeżywać bliskość.
I wtedy możemy zrobić dwie rzeczy.
Możemy uznać, że człowiek się zmienił.
Albo zauważyć, że być może nigdy nie był taki, jakim go sobie wyobraziliśmy.
Może dlatego rozpada się tak wiele relacji. Nie dlatego, że ludzie nagle stają się inni, ale dlatego, że z czasem coraz trudniej utrzymać fantazję na ich temat.
Prawdziwa bliskość zaczynałaby się więc dopiero w bardzo niewygodnym miejscu – tam, gdzie kończy się projekcja.
Kiedy przestaję pytać: „Dlaczego nie jesteś taki, jakim cię widziałam?” i zaczynam pytać: „Jaki właściwie jesteś?”.
I jeszcze trudniejsze:
„Czy potrafię cię takim zobaczyć?”.
Dlatego finał relacji Izabeli i Wokulskiego jest dla mnie tak smutny. Nie widzę w nim historii o wspaniałym mężczyźnie, który pokochał niewłaściwą kobietę. Nie widzę też historii o kobiecie osaczonej przez obsesyjnego adoratora.
Widzę dwoje ludzi, którzy przez bardzo długi czas patrzyli na siebie i widzieli kogoś innego.
Być może dopiero wtedy, kiedy ich wyobrażenia o sobie nawzajem ostatecznie się rozpadają, zaczynają naprawdę siebie widzieć.
Tyle że wtedy jest już za późno.
I jest w tym coś bardzo bolesnego, ale też bardzo ludzkiego.
Bo naprawdę rzadko spotykamy ludzi, którzy widzą nas takimi, jakimi jesteśmy.
Jeszcze rzadziej sami potrafimy tak patrzeć na innych.
110
Moja ocena serialu:
10
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.