Oczywiście można utyskiwać, że nadal mało tu Konga, mało Godzilli, ale, hej, trzeba przecież coś zostawić kinu. I tak dostajemy tutaj dużo, choć dużo tego samego. Drugi sezon to raczej dalsze
Telewizyjny ekran jest za mały dla ich dwóch! Nie mam pojęcia, ile wynosi budżet serialu "Monarch: Dziedzictwo potworów", ale wystarczająco, aby chcieć obejrzeć najświeższe wyczyny Konga i Godzilli co najmniej na płachcie ekranu IMAX. Kto się obawiał, że produkcji zabraknie pary, że poprzedni sezon to jeno trailer, coby złapać przypadkowego naiwniaka, ten może odetchnąć z ulgą. Dostaliśmy bowiem produkcję przeznaczoną do domowego oglądania, a jednak o wizualnych walorach dorównujących tym kinowym. Słowem, nie jest to zapchajdziura, nie jest to jedynie pomost między kolejnymi pełnymi metrażami, ale pełnoprawne rozszerzenie tzw. Monsterverse – być może ważniejsze niż pełne metraże.
I nie wynika to tylko z tego, że poprzeczka była nisko zawieszona. Matt Fraction i Chris Black podjęli szereg śmiałych decyzji kreatywnych i postanowili popchnąć intrygę naprzód, nie tracąc przy tym przejrzystości. Pierwszy sezon bywał bowiem ciężki, jeśli chodziło o ekspozycję i nagromadzenie równorzędnych dla fabuły postaci. Oczywiście nadal była to telewizja blockbusterowa i łatwo przyswajalna, ale kiedy nareszcie pojawiały się gigantyczne stwory, człowiek mógł odsapnąć od gadaniny oraz ciągłych dram. I chociaż twórców "Monarch" interesują bardziej ludzie z krwi i kości niż monstra z łusek i radioaktywnej plazmy, to są już oni mocniej w tym świecie osadzeni – co sprzyja klarowności. Dlatego pierwsza połowa nowego sezonu goni jak szalona, praktycznie od pierwszych scen, gdy Kong robi rozpierduchę na Wyspie Czaszki.
Cliffhanger z poprzedniego sezonu zostaje rozwiązany pędem i szybko powracamy do starego status quo: Lee Shaw (Kurt Russell), wyciągnięty z Axis Mundi, znowu jest na chodzie. Ale nie tylko on przeskakuje do naszego świata. Keiko (Mari Yamamoto), uwięziona tam przez przeszło półwiecze, choć nie zestarzała się ani o dzień, także dołącza do ekipy, obok syna i dorosłych już wnucząt. Nie tylko to jest dla niej szokiem. Monarch, w latach pięćdziesiątych raczkujący projekt, to już ogromne przedsięwzięcie, a do tego uczestnik korporacyjnej wojny z konkurencyjnym Apex. Całe to manipulowanie wyrwami czasoprzestrzennymi niesie też inne, daleko idące skutki i za ludźmi na naszą Ziemię przypełza nowe zagrożenie: Tytan X, istota potencjalnie mocniejsza od Konga i Godzilli.
Serial ciągle przeskakuje z 2017 roku do lat pięćdziesiątych minionego stulecia. We współczesności drużyna próbuje namierzyć Tytana X, lawirując między usiłującymi wyrwać sobie z rąk najsmaczniejsze kąski Monarch i Apex. Retrospekcje z kolei przybliżają nam pierwsze spotkanie Keiko, Billa i Lee z rzeczonym stworem. Mimo że "Monarch" każe nam wierzyć, że czas nagli, a stawka jest nieustannie wysoka, to sporo miejsca poświęca się budowaniu relacji między postaciami, od miłosnych niesnasek do pokoleniowych traum i tożsamościowego kryzysu. Bo relacje między przybyłą znikąd Keiko i rodziną to jedno, mamy też zaszłości ciągnące się od połowy zeszłego wieku oraz powtykane tu i ówdzie tajemnice, które długo ropiały i wrzodziały, aż pękły. Czyli metoda się nie zmieniła, obyczaj przeważa i nad korporacyjnymi przepychankami, z którymi non stop się miele, i nad spektakularnymi, pełnymi akcji sekwencjami z kaiju, które pozostają gośćmi w tym przedstawieniu. Bo choć kino poucza nas zawzięcie o królewskich rodowodach to Konga, to Godzilli, koronę nosi tu Lee, grany przez ojcowsko-synowski duet.
Zatrudnienie do tej roli Kurta i Wyatta Russellów, co parę lat temu mogło się wydawać zaledwie błahym trikiem, jest niezmiennie czynnikiem uszlachetniającym "Monarch". O ile ten pierwszy wnosi staroszkolny sznyt i gwiazdorską charyzmę, drugi posiada zadziorność godną bohatera groszowych czytadeł przygodowych, tak tutaj niezbędną. Szczęśliwie showrunner i jego ekipa scenariuszowa równie dużo uwagi i czasu ekranowego poświęcają pozostałym członkom obsady, z których praktycznie każda ma swój rozbudowany wątek i satysfakcjonujące rozwiązanie fabularne.
Oczywiście można utyskiwać, że nadal mało tu Konga, mało Godzilli, ale, hej, trzeba przecież coś zostawić kinu. I tak dostajemy tutaj dużo, choć dużo tego samego. Drugi sezon to raczej dalsze krzepnięcie, dojrzewanie pomysłu na serial osadzony w Monsterverse, naturalna ewolucja fabuły, narracji i konceptu. O ile motywem przewodnim poprzedniego sezonu była próba odnalezienia się człowieka w nowym porządku, tak teraz są nim jego coraz śmielsze próby podejmowane, aby go zdekonstruować. Jeszcze się okaże, kto tu naprawdę jest potworem.
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu