Recenzja serialu

Na wschód od Edenu (2026)
Garth Davis
Laure de Clermont-Tonnerre
Florence Pugh
Christopher Abbott

Księga Lilith

Czy nowe "Na wschód od Edenu" skłóci Amerykanów tak, jak Polaków "Lalka" Pawła Maślony? Chyba nie będzie o co toczyć sporów. Pomimo istotnych zmian względem literackiego pierwowzoru – takich jak
Elia Kazan, adaptując w latach 50. powieść Johna Steinbecka, miał pełną świadomość swoich ograniczeń. Po pierwsze, kodeks Hayesa. Dość problematyczny przy ekranizowaniu książki, której jeden z głównych wątków stanowi prostytucja. Po drugie, wielkość i wybitność. "Na wschód od Edenu" to licząca prawie tysiąc stron opowieść o trzech pokoleniach, dwóch wiekach i niezliczonej liczbie konfliktów filozoficzno-moralnych; ciesząca się statusem jednej z najważniejszych amerykańskich narracji. W swojej genialnej reżyserskiej intuicji Kazan postanowił skoncentrować swój film na wątku Cala, niezrozumianego i niekochanego syna, a rolę tę zaproponował Jamesowi Deanowi. To jego kreacja stała się głównym czynnikiem unieśmiertelnienia filmu. Duet Kazan-Dean uczynił z adaptacji "Na wschód od Edenu" (1955) historię oddającą ducha lat pięćdziesiątych, czyli obyczajowych przemian i nadchodzącej kontrkultury: opowieść o pokoleniowym buncie, konflikcie tradycji z postępem, rozpadzie rodzinnych wartości.

x

Co może nam powiedzieć Steinbeck dzisiaj? Zoe Kazan, wnuczka słynnego reżysera i scenarzystka oraz producentka najnowszej adaptacji "Na wschód od Edenu", podobnie jak dziadek wiedziała, że musi dokonać pewnych wyborów. Serial to wymarzona forma adaptowania obszernych i wielowątkowych powieści, ale książka Steinbecka doczekała się już starannej i wiernej ekranizacji – poprawnej produkcji telewizyjnej z 1981 roku z Jane Seymour. Kazan mogła sobie pozwolić na bardziej autorskie podejście. Decyzja, by z całego panteonu tej panoramicznej historii skupić się na postaci Cathy, jest trafiona. To antybohaterka, która z jednej strony staje się motorem napędowym kluczowych wydarzeń, a z drugiej – w manichejskiej narracji Steinbecka pełni rolę uosobienia wszystkich grzechów. Rola Cathy przyniosła w 1956 roku Oscara Jo Van Fleet i być może przyniesie też wyróżnienia dla Florence Pugh, która dostała od twórców serialu przestrzeń na zademonstrowanie pełnego spektrum swoich aktorskich umiejętności – i odwdzięczyła się im z nawiązką.

To sceny z Pugh są najlepsze, a skoncentrowane na postaci Cathy odcinki numer dwa i cztery stanowią najmocniejsze punkty całego serialu. Jak mówi bohaterka w otwierającym "Na wschód od Edenu" monologu: czasem pomiędzy ludźmi rodzą się potwory. Zgodnie z książką Cathy jest zatem bezwzględną psychopatką, którą motywuje wyłącznie egoizm. Serial nie ułagadza jej w żadnym stopniu, nie dopisuje łzawego backstory, pozwala być po prostu złą. Przyglądamy się bohaterce na tyle blisko, by jej motywacje, nawet te najciemniejsze, pozostawały zrozumiałe. Twórcy nie próbują przekonywać do polubienia Cathy, ale wielu wydarzeniom z jej udziałem nadają większego niż w książce zniuansowania. Dobrym tego przekładem jest małżeństwo z Adamem Taskiem: obserwujemy, jak całkowicie inaczej odbierały je obie strony. Sceny depresji poporodowej czy nieudanego pożycia są przejmujące, ale ich celem nie jest przedstawienie Cathy jako ofiary – to od początku do końca sprawcza postać – a raczej jako kogoś, kto radykalnie nie pasuje do społeczeństwa i tradycyjnych ról. Sama bohaterka uważa, że urodziła się ze skazą, ale w samej końcówce serial odwraca się od dualistycznego, biblijnego spojrzenia na dobro i zło, sugerując przyczyny, które doprowadziły psychikę kobiety do wykrzywienia i pokazując, że czasem największą karą jest własne sumienie. Kreacja Pugh może kojarzyć się z rolą Rosy McEwen z drugiego sezonu "Alienisty". To pogłębione psychologicznie spotkanie z osobą, z którą większość nie potrafiłaby się utożsamić – a jednak nie sposób oderwać od niej wzroku. Kariera Cathy, jej walka o wolność osobistą i finansową, to po prostu świetnie rozpisana intryga.


Problem produkcji polega na tym, że twórcy nie są w równym stopniu zainteresowani pozostałymi wątkami tej historii, momentami potraktowanymi wręcz po macoszemu. To nie jest tylko kwestia niekorzystnych porównań z książkowym pierwowzorem, bo serialowe "Na wschód od Edenu" jest przez to po prostu nierówne. Sprawia wrażenie dwóch kompletnie odmiennych, sklejonych ze sobą seriali. Jednego świetnego o Cathy, drugiego średniego o losach rodziny, której przez chwilę była częścią. Szkoda, bo mocną stroną produkcji są kreacje aktorskie i casting: ta obsada mogłaby
wycisnąć z poszczególnych postaci dużo więcej. Christopher Abbott jako Adam Trask budzi współczucie i szacunek. Hoon Lee jest wymarzonym Lee. Być może najlepsza z całego drugiego planu jest Martha Plimpton jako naiwna i nieszczęśliwa burdelmama, chociaż uwagę zwraca również pozornie delikatna, a pełna wewnętrznej siły Zoe Phillips jako Abra. Jedyną pomyłką wydaje się Mike Faist jako Charles, niemający szczególnej chemii z Pugh, przez co trudno uwierzyć w ich szczególną więź, tak istotną fabularnie – chociaż aktorom nieszczególnie pomógł też scenariusz.


O sile powieści decyduje połączenie porywającej sagi rodzinnej z mitem i przypowieścią. Steinbeck podarował USA opowieść założycielską, w której zawarł rozważania o Bogu, ludzkiej naturze, grzechu, o kontraście pomiędzy amerykańskim purytanizmem a stojacymi u podstaw tego kraju chciwością i wyzyskiem. Jednak netflixowe "Na wschód od Edenu" jest zaskakująco laickie. Pozbawione głębszej refleksji nad naturą dobra i zła staje się po prostu ładną opowieścią obyczajową w historycznym kostiumie. Czasem odhaczamy wydarzenia z książki bez nadania im odpowiedniej wagi – jak w pełnym konfundujących przeskoków czasowych pierwszym odcinku. Czasem po prostu brakuje pomysłu i stylu – jak w rozczarowująco letniej sekwencji finałowej, tracącej zwłaszcza w porównaniu z rollercoasterem emocjonalnym zakończenia Elii Kazana.

Czy nowe "Na wschód od Edenu" skłóci Amerykanów tak, jak Polaków "Lalka" Pawła Maślony? Chyba nie będzie o co toczyć sporów. Pomimo istotnych zmian względem literackiego pierwowzoru – takich jak zmarginalizowanie rodziny Hamiltonów – i reklamowania całej produkcji bohaterką kobiecą ku zgrozie Internetu, jest to adaptacja po Bożemu. Serial ma poprawny scenariusz, dobre aktorstwo, piękne plenery amerykańskiego Południa i kreującą klimat ścieżkę dźwiękową Laury Karpman. Sprawi przyjemność osobom złaknionym klasycznych historii i starannej realizacji. Jeśli jednak film Kazana jest dziś kojarzony z Jamesem Deanem, to serial Netflixa ma szansę zostać zapamiętany przede wszystkim ze względu na Florence Pugh, bo wątek Cathy to jedyny element produkcji, który oferuje coś więcej.
1 10
Moja ocena serialu:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?