"Rooster" to składająca się z dziesięciu około półgodzinnych odcinków historia, która nie bawi się w rozbudowane wprowadzenia w sedno akcji – już od pierwszych minut dzieje się tu sporo.
Steve Carell to facet, który sprawia wrażenie Midasa świata komedii: czegokolwiek się dotknie, zamienia w złoto. To oczywiście złudzenie, bo oprócz zwycięstw zdarzały mu się także niewypały, dość wspomnieć o niedawnym filmie HBO "Mountainhead", ale jego obecność w projekcie niemal zawsze stanowi dużą szansę na jego powodzenie. Nie inaczej jest w przypadku "Roostera", nowego serialu komediowego HBO, w którym Carell ponownie wciela się w bohatera tyleż ekscentrycznego i nieprzystosowanego, co potrafiącego natychmiast skraść serce widowni.
Tytułowy Rooster to bohater powieści określanych w Stanach mianem "beach ready" – wakacyjnych czytadeł, którym daleko do literackich ambicji, ale stanowią one doskonałą rozrywkę. Ich autorem jest Greg Russo (w tej roli oczywiście Steve Carell), zbliżający się do sześćdziesiątki rozwodnik, który przybywa do Ludlow College na spotkanie ze studentami. Tak się akurat składa, że jedną z wykładowczyń na uczelni jest jego córka Katie (Charly Clive), a na kampusie właśnie otwarto nowe centrum nazwane imieniem jego byłej żony. Greg trafia więc w miejsce niezwykle silnie powiązane z jego rodziną, a gdy na skutek serii niespodziewanych zdarzeń musi zostać na uczelni jako prowadzący zajęcia z powieściopisarstwa, w pewnym sensie zyskuje możliwość zasmakowania czegoś, co wcześniej nie było mu dane – studenckiego życia.
"Rooster" to składająca się z dziesięciu około półgodzinnych odcinków historia, która nie bawi się w rozbudowane wprowadzenia w sedno akcji – już od pierwszych minut dzieje się tu sporo. Poznajemy plejadę znakomicie napisanych postaci, które ewidentnie pojedynkują się w konkursie na najlepsze dialogi. Mamy tu ekscentrycznego – by nie napisać: odklejonego – rektora Waltera Manna (znany z "Hożych doktorów" John C. McGinley), przeplatający cytaty z Teddy’ego Roosevelta z niepoprawnymi politycznie obserwacjami; w jego biurze pracuje wiecznie napalona asystentka Cristle (Annie Mumolo), bez której uczelnia po prostu ległaby w gruzach. W otoczeniu Grega pojawia się także diablo inteligentna wykładowczyni Dylan Shepherd (Danielle Deadwyler), prostolinijny, ale zdolny student Tommy (Maximo Salas), a także nadgorliwy lokalny policjant Donnie (Rory Scovel), który szybko obiera sobie nowego wykładowcę za cel. W tym wszystkim zaś trwa kampusowy skandal wywołany przez niewiernego męża Katie, Archiego (znany z "Teda Lasso" Phil Dunster), który odszedł od niej do jednej z doktorantek. Sporo tego jak na jakieś pięć godzin metrażu, prawda?
Szczęśliwie jednak za tą mnogością wątków i postaci stoi nie kto inny jak Bill Lawrence, mający na koncie co najmniej kilka komediowych hitów ("Spin City", "Hoży doktorzy", "Ted Lasso", "Terapia bez trzymanki"), który tym razem połączył siły z Mattem Tarsesem, nieco mniej utytułowanym, ale również niezwykle doświadczonym scenarzystą. Panowie stanęli na wysokości zadania, bo historia dosłownie płynie – wątki łączą się i przenikają w harmonijny sposób, a każdy z aktorów jest poprowadzony tak, że trudno wybrać swoją ulubioną postać. Steve Carell błyszczy jako czasem gapowaty, zazwyczaj przeuroczy Greg, a cała obsada dzielnie dotrzymuje mu kroku. Phil Dunster udowadnia, że ma ogromny potencjał komediowy, Charly Clive w roli neurotycznej Katie bywa irytująca, ale ma też bodaj najbardziej cięte riposty, a John C. McGinley… cóż, jest tym, kogo byśmy się po nim spodziewali. Przez serial przewija się dodatkowo całe mnóstwo przezabawnych studentów drugiego i trzeciego planu, dla których jakimś cudem także znaleziono pięć minut – i to bez straty dla pierwszoplanowych wątków.
Motywem przewodnim "Roostera" jest wymyślanie siebie na nowo – zamykanie spraw, które przez lata pozostawały nieprzepracowane, ale też odnajdywanie w sobie kogoś, kim zawsze chciało się być. "Rooster" to też serial o ojcostwie, niełatwym nawet wówczas, gdy córka jest już dorosła i – przynajmniej teoretycznie – samodzielna. Historia Billa Lawrence'a i Matta Tarsesa jest znakomita zarówno wtedy, gdy bawi, jak i wówczas, gdy mówi o poważniejszych i głębszych zagadnieniach. Liczę na to, że Greg i jego społeczność szybko powrócą z drugim sezonem – tych kilka godzi wystarczyło, że niesamowicie zżyłem się z mieszkańcami kampusu Ludlow, czego i Wam życzę.