"Sandman", czyli serialowa adaptacja kultowego komiksu Neila Gaimana, pozostaje dla mnie przykładem produkcji, która zaczęła się bardzo dobrze, a skończyła tylko poprawnie. I choć całościowo
"Sandman", czyli serialowa adaptacja kultowego komiksu Neila Gaimana, pozostaje dla mnie przykładem produkcji, która zaczęła się bardzo dobrze, a skończyła tylko poprawnie. I choć całościowo uważam ją za udaną, ambitną i wartą uwagi próbę przeniesienia jednego z najważniejszych dzieł amerykańskiego komiksu na ekran, to różnica jakościowa między pierwszym a drugim sezonem jest dla mnie aż nadto wyraźna.
Pierwszy sezon podobał mi się zdecydowanie bardziej. Był świeży, oniryczny, momentami niepokojący i, co najważniejsze, emocjonalnie angażujący. Epizodyczna struktura działała na jego korzyść. Poszczególne historie, nawet jeśli nie zawsze prowadziły bezpośrednio do finału, budowały świat i atmosferę Śnienia. Były w nim odcinki zapadające w pamięć, jak „24/7” czy „Dźwięk jej skrzydeł”, które przypominały, że Sandman nie opowiada tylko o bogach i mitach, ale przede wszystkim o ludziach, ich kruchości i potrzebie sensu. To wtedy serial najlepiej oddychał, między horrorem, filozofią i melancholią.
Drugi sezon sprawia wrażenie zbyt długiego i zbyt rozciągniętego. Wątki nie są domykane, tempo siada, a narracja coraz częściej krąży wokół siebie zamiast prowadzić widza do wyraźnego punktu ciężkości. Co gorsza, moralny dylemat Morfeusza, jego refleksja nad własną naturą, winą i odpowiedzialnością, kompletnie mnie nie poruszył. A jeśli nie działa dramat wewnętrzny głównego bohatera, to trudno, by zadziałał finał.
Najbardziej symptomatyczne jest jednak to, że nie poruszyła mnie nawet śmierć Sandmana. Moment, który powinien być emocjonalnym trzęsieniem ziemi, przeszedł obok mnie niemal bez echa. Być może dlatego, że serial nigdy nie uczynił z Morfeusza postaci naprawdę niepokojącej i obcej, tej, którą znamy z kart komiksu. Zamiast istoty stojącej ponad ludzkimi emocjami, obserwowaliśmy raczej zamyślonego, wiecznie cierpiącego bohatera fantasy, którego dramaty z czasem przestają ważyć.
Paradoksalnie najlepszym podsumowaniem mojego seansu finału jest fakt, że na ostatnim odcinku zasnąłem. Być może po to, by spotkać Sandmana w snach, bo tam, w świecie wyobraźni, nadal działa lepiej niż na ekranie. Mimo wszystko nie żałuję tej podróży. Sandman to dobry serial i ciekawa adaptacja. Po prostu sen z pierwszego sezonu był znacznie bardziej sugestywny niż to, co przyszło po przebudzeniu.