Finałowy sezon "The Boys" to spore rozczarowanie – przynajmniej jeśli ocenimy go po pierwszych sześciu odcinkach, które dostaliśmy do recenzji. Nie oznacza to wcale, że poziom serialu spadł nagle
Finałowy sezon "The Boys" to spore rozczarowanie – przynajmniej jeśli ocenimy go po pierwszych sześciu odcinkach, które dostaliśmy do recenzji. Nie oznacza to wcale, że poziom serialu spadł nagle na łeb, na szyję. Nic podobnego. Po prostu trudno śmiać się z satyry, która pod względem nagromadzenia absurdów dawno została prześcignięta przez rzeczywistość.
"The Boys" od pierwszej serii było tyleż dosadną co celną drwiną z amerykańskiej kultury w erze schyłkowego kapitalizmu. Obiektem żartów byli superbohaterowie – w popkulturze fundament współczesnej mitologii, w serialu zaś zbieranina dość parszywych jednostek obdarzonych nadludzkimi zdolnościami. Z ich działania więcej było szkody niż pożytku, dlatego też tytułowa grupa – z Hughiem Campbellem (Jack Quaid) i Billym Butcherem (Karl Urban) na czele – postawiła sobie za cel, by "supków" się pozbyć. A przede wszystkim najpotężniejszego z nich, Homelandera (Antony Starr).
Amazon Content Services LLC
Z czasem celem żartu coraz wyraźniej stawał się korporacjonizm, którego wszelkie grzechy uosabia tu firma Vought International, swoje korzenie mająca jeszcze w nazistowskich Niemczech przełomu lat 30. XX wieku. To wówczas bowiem pracowano nad substancją V, która zwykłego śmiertelnika przemienić może w pół-boga (albo np. osobę z sześciometrowym przyrodzeniem, bo moce otrzymywane po zastrzyku z V są bądź co bądź losowe).
W ciągu kolejnych sezonów twórca serialu Eric Kripke coraz bardziej otwarcie brał na celownik skojarzoną z big-techami i wpływowymi korporacjami rosnącą w siłę skrajną prawicę. Było to widoczne oczywiście już w serii pierwszej, ale z czasem jakakolwiek subtelność dowcipu ustępowała nazywaniu rzeczy po imieniu. Wymagały tego czasy.
Jak można mówić o subtelności w serialu, gdzie humor polega głównie na skojarzeniach seksualnych i skatologicznych, ewentualnie slapstickowym wysadzaniu ludzi w powietrze? Można, jeszcze jak! Za każdym wielkim penisem, seksie z ośmiornicą czy hektolitrami sztucznej krwi stał przytyk do ukorporacyjnienia ruchów religijnych, queerwashingu, odrodzenia faszyzmu itd. Problem zaczął się, gdy obiekty tych żartów przestały się swoich praktyk jakkolwiek wstydzić. Bezwstydność Donalda Trumpa i jego administracji sprawiła, że satyra i humor używane dotąd jako broń na bigotów, straciły jakąkolwiek skuteczność. Już czwarta seria "The Boys" padła ofiarą tego mechanizmu. Teraz jest jednak jeszcze gorzej.
Eric Kripke mówi, że scenariusz finałowych odcinków powstał jeszcze przed rozstrzygnięciem się wyborów prezydenckich 2024 r. I tak choćby sceny, w których część bohaterów tkwi w jednym z postawionych na polecenie Homelandera obozów reedukacyjnych, zamiast bawić skalą absurdu, stają się smutnym przypomnieniem miejsc, gdzie w USA trafiają ludzie zatrzymywani przez agentów ICE.
Można uśmiechnąć się z faktu, że nad jego bramą zamiast napisu "arbeit macht frei" (praca czyni wolnym) czytamy "freedom sets you free" (wolność czyni wolnym), a osadzeni zamiast pasiastych strojów noszą dresy z logo Vought i uśmiechniętą podobizną Homelandera na tle amerykańskiej flagi. Podobnych przykładów można by wymieniać znacznie więcej. To, co dawniej byłoby odczytywane jako bystra, czasem wręcz błyskotliwa satyra, dziś wybrzmiewa jako być może żartobliwe, ale podszyte goryczą odniesienie do rzeczywistości.
Największą ofiarą tego zjawiska jest sam Homelander, którego postępujące szaleństwo i wynikająca z kompleksów megalomania zaczynają zmierzać w bardzo jaskrawym kierunku. Ale wystarczy sobie przypomnieć Donalda Trumpa, który w skali absurdalnych decyzji i przekazów ściga się już tylko sam ze sobą, by zaraz Homelander z najbardziej fascynującego i niebezpiecznego antagonisty w telewizji, stał się postacią nudniejszą i bardziej trywialną od swojego rzeczywistego odpowiednika.
Przy wszystkich tych uwagach nowa seria "The Boys" to wciąż kawał niezłej telewizji. Historia wciąga, aktorstwo stoi na wysokim poziomie, drobne gagi bawią, a postaci nabierają kolejnych wymiarów. Pod tym ostatnim względem, świetnie wypada odcinek piąty, w którym wielu drugo i trzecioplanowych bohaterów dostaje poświęconą sobie winietę. Choćby taka Firecracker (Valorie Curry) z jednej z najbardziej antypatycznych postaci serialu staje się osoba wartą jeśli nie rozumienia, to choćby cząstkowego współczucia.
Na minus twórcom policzyć należy niestety chęć szybkiego powrotu do status quo. Konsekwencje pewnych drastycznych decyzji z finału sezonu czwartego, czy wydarzeń z drugiej serii spin-offu "Gen V" zostają szybciutko zmiecione pod dywan. Rozczarowuje zwłaszcza fakt, że postaci z "Gen V" – tam podprowadzane pod dołączenie do głównej serii, zostają sprowadzone jedynie do luźnych wzmianek w kilku dialogach.
W rezultacie dostajemy więcej tego samego, co w poprzednich sezonach. Czy to zarzut? Nie, w końcu właśnie przez the "The Boys" stali się serialem tak cenionym i szeroko komentowanym. Nie sposób też zarzucić Ericowi Kripkemu i reszcie twórców, że nie pozwolili sobie na odwagę i puszczenia wodzy fantazji. To właśnie zrobili. Ich (a głównie nasz) pech w tym, że w kontekście rzeczy, które na świecie się dzieją, wszystkie ich pomysły zdają się oczywiste i odtwórcze.