Recenzja serialu

Wonder Man (2026)
James Ponsoldt
Destin Daniel Cretton
Yahya Abdul-Mateen II

Wunder-Baum

Jeśli rozpatrywać "Wonder Mana" jako rzecz z pogranicza autotematycznej satyry, ku czemu są przecież podstawy (wątłe, ale jednak), to ponosi on dojmującą klęskę. Jest to opowieść rozstrzelona,
Wunder-Baum
Superbohater bez mocy nadal może być bohaterem, ale bez heroizmu super nie będzie. Ostatnie lata MCU to ciągłe próby odnalezienia dawnego blasku, tyle że realizowane na chybił-trafił i cokolwiek zachowawcze. Ważniejsze od przetarcia nowego szlaku okazało się bowiem zabetonowanie status quo, coraz mniej jednak atrakcyjnego dla odbiorcy. Zupełnie jakby Kevin Feige i spółka nie potrafili pogodzić się z tym, że przestało działać to, co jeszcze przed momentem hulało jak dobrze naoliwiona machina. Cóż, kino to nie perpetuum mobile.

Serialowy brand Marvel Spotlight miał być swoistym pomostem rzuconym między wiernych a publikę, której te wszystkie boje o światy i zaświaty zwyczajnie nie obchodzą oraz dowodem na scenariuszową biegłość ekipy skupionej wokół komiksowych opowieści. Pomysł ten potraktowano jednak po macoszemu i sama strategia emisji "Wonder Mana" sugeruje, że chyba mało kto jeszcze ma do tego serce. Projekt przeleżał na półce pełny cykl ciążowy i choć poród odbył się bez komplikacji, to aż dziwne, że akurat ten serial wygrał najważniejszy z wyścigów.

Bo nie mamy do czynienia ani z opowieścią superbohaterską per se, ani z komediową, do jakiej aspiruje, a jeśli rozpatrywać "Wonder Mana" jako rzecz z pogranicza autotematycznej satyry, ku czemu są przecież podstawy (wątłe, ale jednak), to ponosi on dojmującą klęskę. Jest to opowieść rozstrzelona, fabularnie i tematycznie, a przy tym tak błaha, że nie sposób w ogóle streścić, o czym faktycznie chciałaby i miałaby traktować. Osadzona gdzieś na uboczu kosmicznych bojów i naparzanek o wszystko, historia ta mogłaby być, zgodnie z pierwotnymi założeniami Marvel Spotlight, głębszym charakterologicznym studium, eksplorującym tereny, do których blockbustery, z komercyjnej natury rzeczy, zwykle dostępu nie mają. Ale po odarciu "Wonder Mana" z komiksowego anturażu nie zostaje prawie nic. Superbohater jest nagi. I mu zimno.

Serial osadzony jest w Los Angeles, na marginesie Hollywood, gdzie Simon, raczkujący jeszcze aktor, stara się przebić na ekrany, co jest zadaniem spodziewanie męczącym, ale mężczyzna ma jeszcze jeden handicap. Posiada supermoce, które musi dusić, bo tych zakazano na planach filmowych. Stąd facet jest neurotyczny, ciągle zestresowany, rozedrgany, jako że stale boi się eksplozji bulgoczącej w jego ciele potęgi. A i ta na niewiele by się zdała, kiedy wyrzucony zostaje z planu i zostawia go dziewczyna. Otrzymuje jednak od losu kolejną szansę. Ekscentryczny reżyser Von Kovak planuje nakręcić remake "Wonder Mana", uwielbianego przez Simona filmu z dzieciństwa, i szuka odtwórcy głównej roli. Sprzymierzony z Trevorem Slatterym, którego karierze nie pomogła zbytnio rola Mandaryna, usiłuje dopiąć swego. Starszy aktor staje się jego mentorem i powiernikiem, który ma przyszykować go do wyrwania życiu czegoś więcej. Feler w tym, że Trevor działa pod auspicjami rządowej agencji, która podejrzewa Simona o posiadanie mocy.

To tyle. Ale, ale, nie jest to zły punkt wyjścia! Rozsmarowano go jednak aż na osiem półgodzinnych odcinków, przez co intryga jest niewybaczalnie cieniutka i dopiero finał przynosi wydarzenia godne uwagi i mające faktyczny ciężar dramaturgiczny. Do tej pory dwaj panowie plączą się od człowieka do człowieka i od biura do biura. Zabrakło treści, którą dałoby się wypełnić historię o nietypowej przyjaźni pobudowanej na kruchym fundamencie, bo i nie występuje tu żaden konflikt. Brak fabularnego farszu najbardziej ewidentny jest w odcinku retrospektywnym, kompletnie zbędnym, który tłumaczy biurokratyczne zawiłości, jakie zdecydowały o obłożeniu supermocy zakazem. Cały swój potencjał serial czerpie z relacji dwóch mężczyzn, z różnych przyczyn funkcjonujących na uboczu, którzy nareszcie odnajdują siłę, aby zawalczyć raz jeszcze o marzenia. Tyle że świat wokół nich wydaje się równie nieprawdziwy, co otaczające ich studyjne atelier ze styropianu, kartonu i plastiku, więc poczucie stawki jest żadne.

Mimo naskórkowych nawiązań do "Nocnego kowboja", "Donniego Brasco" czy kina Rogera Cormana, mimo żartu z figury europejskiego reżysera-autora, mimo życzeniowych prób opowiedzenia o branży przez branżę, "Wonder Man" to produkt płaski. Nawet, gdy próbuje ironii, gdy stara się spojrzeć z dystansem na portretowaną rzeczywistość, nieśmiało wbić jej szpilę, to i tak dowcip nie posiada śmiałej puenty. Przedstawienie świata kina i telewizji od środka jest niezamierzenie karykaturalne zamiast zmyślnego, a postaci to bardziej naszkicowane naprędce koncepty niż żywi ludzie. Ostatecznie fakt, że tytuł serialu odnosi się nie do bohatera granego przez Simona, ale do filmu, w którym ten rozpaczliwie chce otrzymać rolę, staje się dlań klątwą. 
1 10
Moja ocena serialu:
5
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?