Recenzja Sezonu 5

Zadzwoń do Saula (2015)
Vince Gilligan
Michelle MacLaren
Bob Odenkirk
Jonathan Banks

Breaking Goodman

Żeby nie było: w piątym sezonie "Zadzwoń do Saula" nie brak brawury, momentów większych niż życie, zwykłego puszczania oka do widza. Mamy więc klasyczne "breakingbadowe" sekwencje montażowe i ...
Breaking Goodman
Prequele i spin-offy zawsze mają ten sam problem. Nie dość, że muszą dźwigać ciężar wyśrubowanych przez swój projekt-matkę oczekiwań, to jeszcze cierpią na ograniczoną pulę fabularnych możliwości. Z ich natury wynika przecież, że znamy zakończenie historii – co drastycznie stępia im pazurki. W przypadku "Zadzwoń do Saula" – zarazem prequela, jak i spin-offu "Breaking Bad" – ta pułapka jest ewidentna: cokolwiek zrobi Jimmy McGill, wiemy, że w końcu na dobre przepoczwarzy się w "kryminalnego" prawnika Saula Goodmana, spotka Waltera White'a i… kto widział "Breaking Bad", ten wie. Geniusz "Zadzwoń…" polega jednak na tym, że serial wykorzystuje tę prequelową niedogodność na swoją korzyść.  

Powiedzieć, że "Zadzwoń do Saula" przerósł oczekiwania wszystkich – łącznie z twórcami – to nic nie powiedzieć. Przyszliśmy tu dla Saula Goodmana, by ogrzać się trochę dłużej w świetle "Breaking Bad" – a zostaliśmy dla Jimmy'ego McGilla. Okazało się bowiem, że świadomość, dokąd zmierza główny bohater, może być rewelacyjnym generatorem suspensu. Proste: Jimmy okazał się sympatycznym gościem, polubiliśmy go i – o ironio! – nie chcemy, by stał się Saulem. Stąd płynie cała frajda: rozumiemy, że jego przemiana będzie równie tragiczna, co "przełamanie się" na ciemną stronę Waltera White'a.  

W sezonie piątym – naturalnie – stawka rośnie.



Po pierwsze: Jimmy (Bob Odenkirk) wreszcie "staje się" Saulem. Zmienia nazwisko, wkłada błyszczący garnitur, ogniskuje uwagę na szemranej klienteli, robi pierwsze kroki do zostania "przyjacielem kartelu". Upada więc ściana, która dotychczas dzieliła "Zadzwoń…" na dwa dość luźno powiązane seriale: z lewej prawnicze perypetie Jimmy'ego, z prawej kartelowe przygody Mike'a (Jonathan Banks). Moment przełomu – gdyby spróbować wskazać go palcem – ma oczywiście miejsce na sali sądowej. Prawnik, który siedzi u boku swojego groźnego klienta, Lalo Salamanki (Tony Dalton), to przecież jeszcze walczący z wyrzutami sumienia, sympatyczny McGill. Facet, który wstaje i zaczyna przemawiać w obronie gangstera, to już jednak pozbawiony skrupułów Goodman, który bez mrugnięcia okiem przyjmuje pieniądze od człowieka uosabiającego Zło. Jedno cięcie dla montażysty, wielki skok dla bohatera.

Rzecz jasna: Jimmy nie jest jeszcze TYM Saulem Goodmanem. Showrunner Peter Gould i jego ekipa perfidnie komplikują swojego protagonistę, pokazując, jak w jednym człowieku może mieścić się legion: tu Jimmy McGill, tu Saul Goodman, tu sprzedający cynamonowe bułeczki Gene z czarnobiałych futurospekcji. Nieprzypadkowo jednym z najbardziej ikonicznych ujęć sezonu piątego jest moment, w którym twarz Jimmy'ego/Saula dzieli się na pół, groteskowo zniekształcona w odbiciu na ścianie. 

W sumie niesamowite, jak Odenkirk, który w "Breaking Bad" pełnił funkcję komediowego przerywnika, dźwiga tu rolę być może bardziej złożoną (choć mniej popisową) niż niegdyś Bryan Cranston. Jestem zwłaszcza fanem sposobu, w jaki aktor wykorzystuje swoją naturalną chrypkę. Jego łamiący głos może brzmieć zarówno żałośnie, jak i złowieszczo, pięknie symbolizując "podwójność" postaci, która wyrasta na równie fascynującą, co pamiętny "Heisenberg".
 
Saul dostaje tu nawet własną wersję automitologizującej przemowy – całkiem w stylu tych, do jakich miał skłonność Walter "The One Who Knocks" White. Ale kiedy Goodman wymachuje rękami i toczy pianę z ust, wykrzykując coś o strzelaniu piorunami z dłoni, czuć w tym desperację, kompensację, małostkową pozę. To żaden Saul: to nasz stary, dobry Jimmy, próbujący udowodnić sobie i światu, że nie jest frajerem, za jakiego wszyscy go mają. A gdy nagle okazuje się, że ambicje zostania "przyjacielem kartelu" kosztują ciut za dużo, zapał Jimmy'ego do zostania czarnym charakterem znika jak za dotknięciem magicznej różdżki. Klasyczny "breakingbadowy" rytm: dwa kroki naprzód, krok wstecz.
 


To schemat tyleż frustrujący, co fascynujący: ile to już razy myśleliśmy, że wreszcie narodził się Saul, a tu nagle wychylał głowę Jimmy. Sezon piąty gra ową dynamiką chyba jeszcze odważniej niż poprzednie. Zresztą nie tylko w temacie tytułowego bohatera. Mike przecież kilkakrotnie daje tu McGillowi "wykłady", których dramatyczny wymiar zasadza się tyleż na naszej wiedzy o jego przeszłości (np. kiedy pożycza lekcję wychodzenia z traumy od swojej synowej), co naszej wiedzy o tym, co go czeka. Bo kiedy zdradza Jimmy'emu, czemu włączył się do kryminalnej "gry", czuć tu nie tylko wypisany w zmarszczkach Jonathana Banksa ciężar życia, ale i widmo tego, co jeszcze przed nim. 

Siłą rzeczy najbardziej dynamiczne okazują się więc te dwie postacie, których los pozostaje dla nas zagadką: Kim Wexler (Rhea Seehorn) i Nacho Varga (Michael Mando). Nie znamy szczegółów przemiany Jimmy'ego w Saula, ale wiemy, że ona nastąpi. Podobnie "zamknięte" są losy Mike'a i Gusa Fringa (Giancarlo Esposito). O tym, co czeka Kim i Nacho, możemy zaś jedynie spekulować: teoretycznie w każdej chwili grozi im śmierć albo, nie wiem, wycieczka na Księżyc.  


Mando w piątym sezonie wciąż dostaje mniej czasu ekranowego niż pozostali bohaterowie. Ale nie szkodzi: jego postać z zasady opiera się przecież na pewnym wycofaniu. Nacho to nieprzenikniona fasada, pod którą buzuje tragiczny konflikt. Rola Mando zbudowana jest więc tyleż na ekspresyjnych oczach aktora, co na pozorach: pokerowej twarzy i… kostiumie. Zwróćcie uwagę, jak dopasowane, obcisłe ciuchy Vargi wyróżniają go z preferującej luźny fason kartelowej braci i kreują portret człowieka uwięzionego w niewygodnej pozie, nieustannie robiącego dobrą minę do złej gry. Tym razem widać to szczególnie: każdy ruch, jaki próbuje wykonać gangster, obraca się przeciw niemu. Każda tylna furtka – zamiast na wolność – prowadzi do kolejnej klatki.



Kim z kolei kontynuuje powolny awans na najważniejszą postać serialu. W jej przypadku czuć najlepiej, że wysokość stawki zależy od ilości – i ciężaru – nasuwających się pytań. Wexler jest ważna dla Jimmy'go, ale brakuje jej w "Breaking Bad"? Czyżby padła ofiarą "narodzin" Saula Goodmana? Na tym nie koniec: przeszłość Kim jest przecież równie tajemnicza, co jej przyszłość. W sumie nie znamy jej zbyt dobrze, scenarzyści zaś sprytnie to wykorzystują. Jeśli Jimmy budzi sympatię, bo jest emocjonalną otwartą księgą, to Kim wręcz przeciwnie: intryguje tym, że nie daje po sobie wiele poznać. Oto kolejna postać ubrana w "zbroję" (tym razem: garsonki i kucyka), która gra marnymi kartami, jakie jej rozdano, nie odkrywając łatwo prawdziwych intencji. 

Ma to swoje minusy. Po pierwsze: tak bardzo zapięta pod szyję rola sprawia, że Rhea Seehorn wciąż nie otrzymała ani jednej nominacji do Emmy (oczywiście niesłusznie: bo im bardziej Kim ukrywa uczucia na co dzień, tym mocniejsze są momenty, gdy Seehorn dociska wreszcie pedał gazu). Po drugie: zwyczaj Kim do zagryzania wargi i brania problemów na klatę sprawia, że tylko bardziej plącze się w toksyczną relację z Jimmym. Ale choć kusi, by widzieć w prawniczce ofiarę, sprawa nie jest taka prosta. I w tym cały jej urok. 

Z roku na rok coraz bardziej rozumiemy przecież, że w relacji między bohaterami jest coś paradoksalnego. Sezon temu podzielony ekran pokazywał nam, jak Kim i Jimmy żyją nominalnie razem, a w rzeczywistości osobno: jak tragicznie rozjeżdżają się ich priorytety. Tym razem podzielony ekran wraca, by niespodziewanie… połączyć bohaterów. By pokazać ich więź, która objawia się nawet w momencie skrajnej separacji: kiedy on odwodniony snuje się po meksykańskiej pustyni, a ona, jak co dzień, myje zęby, wkłada garsonkę, upina włosy i rusza do sądu. 

Nie będzie tu więc prostej opowieści o korumpowaniu szlachetnej niewiasty przez szemranego typka. Już prędzej – opowieść o mechanizmie współuzależnienia. Kim i Jimmy są przecież tym bliżsi sobie, im bardziej "przełamują się" na złą stronę. Finał sezonu piątego okaże się więc lustrzanym odbiciem finału poprzedniego: zaskoczenie jest podobne, ale dynamika odwrócona.


I tu mamy ostateczny dowód na klasę zespołu scenariopisarskiego: podobne zwroty akcji nie wypadają fałszywie ani tanio. Wręcz przeciwnie: są organiczne, głębokie, odsłaniają przed nami kolejną warstwę fabularnej rzeczywistości. Na ten efekt pracują oczywiście setki wypracowanych na papierze, a potem precyzyjnie wyreżyserowanych oraz zagranych niuansów. I zaprawdę powiadam: mało jest seriali, które w takim stopniu operowałyby szczegółem. Seriali, w których wnikliwej charakterologicznej mocy mógłby nabrać detal w rodzaju tego, gdzie i jak postawiono butelkę piwa, albo tego, że ktoś nie chce przykryć się kocem termicznym. 

Żeby nie było: w piątym sezonie "Zadzwoń do Saula" nie brak też brawury, momentów większych niż życie, zwykłego puszczania oka do widza. Mamy więc klasyczne "breakingbadowe" sekwencje montażowe i nietypowe punkty widzenia kamery. Mamy "pustynny" odcinek rymujący się z pamiętnym "4 Days Out" (z drugiego sezonu "Breaking Bad"). Gościnnie pojawiają się nawet dwaj znajomi agenci DEA: Hank Schrader (Dean Norris) i Steve Gomez (Steven Michael Quezada). To oni prowokują zresztą ekranowy moment niepodobny do niczego, co widziałem dotychczas w kinie czy telewizji: trzymającą w napięciu sekwencję, w której policyjny pościg montowany jest równolegle z… aktem czyszczenia frytkownicy. To dopiero "montaż atrakcji"!


Mimo to sednem "Zadzwoń do Saula" pozostają sceny, w których ktoś po prostu rozmawia z kimś. Niby nic takiego: dwie, trzy osoby, w tym samym pokoju, ale ze sprzecznymi interesami. Wystarczy jednak, żeby nagle zrobiło się nam gorąco i nieprzyjemnie: co najmniej kilka razy dostajemy tu masterclass z sadzania widza na szpilkach. Pomaga w tym oczywiście rewelacyjny czarny charakter. Lalo Salamanca łączy zmysł stratega godny Gusa Fringa z psychopatycznym rysem Tuco i pięknie komplikuje zarówno układ sił w kartelowym kąciku serialu, jak i relacje między pierwszoplanowymi bohaterami. Tony Dalton w tej roli to kolejne castingowe odkrycie Goulda, Vince’a Gilligana i spółki: sposób, w jaki aktor przeskakuje między tonacjami, między błazeńskim spoufalaniem się a mrożącą krew w żyłach groźbą, czyni go naprawdę "uroczo" irytującym. Oglądasz sobie "Zadzwoń do Saula" i nie chcesz, żeby ten facet przyszedł do ciebie do domu i poprosił: "opowiedz mi to raz jeszcze". Ale nie możesz przestać oglądać.
 
1 10
Moja ocena sezonu 5:
9
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
95% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (108 głosów).
Udostępnij:
Szyty na miarę klasycznego spin-offu „Better Call Saul” po lekkim poślizgu miał premierę w lutym 2015 roku i z miejsca stał się rekordzistą. Pierwszy odcinek obejrzało ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 92%