Nie jest winą "Zmory", że podobnych seriali, filmów i książek naprodukowano wcześniej w tysiącach. Jest jej winą, że w żadnym miejscu nie odważa się wyjść poza schemat. Najciekawsze aspekty tej
Zmora to nie byle jaki duch. Wywodzący się z rodzimych wierzeń wyraz nie ma swojego bezpośredniego angielskiego odpowiednika, dlatego międzynarodowy tytuł produkcji to po prostu "Torment", "męka". Jak piszą Witold Vargas i Paweł Zych w popularnym "Bestiariuszu słowiańskim": "zmory, zwane marami, to dusze żywych ludzi, które nocą, podczas snu, opuszczały ciało swojego nosiciela, by dusić, wysysać krew i siły życiowe z innych śpiących. […] Rano znikały, by wrócić do swojego ciała, a męczony przez nie człowiek budził się wyczerpany, bez sił i chęci do życia".
Taką zakłócającą spokojny sen zmorą jest dla Kamy Kosowskiej (Magdalena Cielecka) wspomnienie przyjaciela z dzieciństwa, który pewnego lata zaginął podczas zabawy w chowanego i nigdy nie został odnaleziony. Kiedy wiele lat później bohaterka w aurze skandalu traci pracę w telewizji i wraca do rodzinnego Torunia, dowiaduje się, że śledztwo w sprawie kolegi nieoczekiwanie zostało wznowione. Detektywa Korcza (Piotr Żurawski) interesuje przede wszystkim ojciec Kamy (Olek Krupa), który prowadził sprawę chłopca. Czy dopuścił się wówczas nieprawidłowości? W jaki sposób historia zaginionego Piotrka łączy się ze śmiercią matki Kamy, której temat również powraca po latach?
HBO
Książka Roberta Małeckiego staje się bazą dla sprawnego scenariusza. Raczej niekojarzony z kryminałem reżyser Łukasz Jaworski ("Klara", późniejsze części "Listów do M.") płynnie przeprowadza widza przez rozpisaną na dwa plany czasowe, pełną retrospekcji opowieść, robiąc dobry użytek między innymi z montażu skojarzeniowego. "Zmora" jest kolejnym tytułem, który udowadnia, że polskie produkcje od HBO Max stoją na naprawdę wysokim poziomie realizacyjnym i nie schodzą poniżej pewnego poziomu jakości. Serial ma też w sobie urok staroszkolnego kryminału, w którym akcja rozwija się niespiesznie, śledztwo skupia się na detalach, tajemnicę ujawnia się stopniowo, a sama historia trzyma się reguł prawdopodobieństwa.
"Zmora" unika nadmiernej sensacyjności wielu polskich kryminałów, na przykład kuriozalnych i wymagających zawieszenia niewiary rozwiązań fabularnych czy natrętnych wpływów amerykańskiej popkultury w sposobie portretowania śledztwa, ma też naturalnie brzmiące jak na rodzime kino dialogi. Może tylko poza wątkiem miłosnym głównej bohaterki i jej chłopaka sprzed lat – ale mechaniczne romanse, pozbawione finezji i podstawowej wiedzy o tym, jak działają ludzie, są szerszym problemem polskiego kina i materiałem na większy tekst z socjologicznej perspektywy. Wszystkie wątki logicznie się łączą i prowadzą do zakończenia, które – bez spoilerów – nie domyka wszystkiego i otwiera furtkę dla kontynuacji. Druga część książki już czeka, gotowa na ekranizację w przypadku sukcesu serialu.
HBO
Agnieszka Jurek-Opalińska
W większości udane role zalicza obsada. Bez dużego zaskoczenia. Polskie produkcje dobrym aktorstwem stoją. Cielecka mogłaby przed kamerą po prostu oddychać, a i tak byłoby to interesujące. Nadaje swojej postaci dużo charakteru i charyzmy, chociaż na papierze Kama Kosowska to dość sztampowa protagonistka kryminału. Miała zadatki na dużo ciekawszą bohaterkę – sugeruje się nam, że nie jest krystaliczna, a telewizyjny skandal z jej udziałem udowadnia, że ma w sobie spory pierwiastek przemocowy – ale ten potencjał nie zostaje wykorzystany, a psychologia pogłębiona. Być może najlepszy z całej obsady jest Żurawski jako konkretny i kompetentny policjant. Jego postać wnosi do serialu sporo realizmu, takiego "podwórkowego" zadziora, wierzymy w tego faceta i kibicujemy mu. Podoba mi się także sposób prowadzenia nastoletnich aktorów, na których w dużej mierze spoczywało zadanie urzeczywistnienia centralnej zagadki. Grają oszczędnie, bez teatralnej ekspresji rodem ze szkolnego teatrzyku. Okazjonalne niezręczności nie stanowią wady, bo niezręczność jest przecież typowa dla wieku dojrzewania. Cieszy kolejna duża rola Oliwii Gołębiowskiej, która wcześniej zwróciła na siebie w uwagę w niedocenionym "Powrocie do tamtych dni".
Największą zmorą serialu jest wyeksploatowany gatunek, który reprezentuje. Polski kryminał nadal cieszy się dużą popularnością widzów i czytelników, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że swoją świetność ma dawno za sobą i aktualnie podlega już głównie bezwzględnej monetyzacji aż do zarżnięcia, jak western w klasycznym Hollywood. W "Zmorze" co scenę odzywają się duchy minionych tytułów. Znamy te rozliczenia z przeszłością, traumy rodzinne, kobiety po przejściach. Najczęściej nawiedzały mnie wspomnienia z "Ciemno, prawie noc", może ze względu na podobną bohaterkę Cieleckiej. Nie jest winą "Zmory", że podobnych seriali, filmów i książek naprodukowano wcześniej w tysiącach. Jest jej winą, że w żadnym miejscu nie odważa się wyjść poza schemat. Najciekawsze aspekty tej historii – mechanizmy działania pamięci, dziecięce poczucie winy, psychologiczne podłoże usprawiedliwia swoich grzechów – są potraktowane zbyt pobieżnie, by zostały w widzu na dłużej po bezpiecznym skonsumowaniu produkcji. Nie zaglądamy pod skórę koszmarów i problemów, które stają się jedynie narzędziem fabularnym, atrakcją, bez ciekawszej refleksji.
Zakończenie, choć satysfakcjonujące, również dość łatwo przewidzieć, bo osoby podejrzane są podejrzane już od pierwszego odcinka. Jeśli lubicie sprawdzone smaki, to ta odtwórczość "Zmory" wcale nie musi być wadą. Trudno jednak wskazać, dlaczego z bogatego repertuaru kryminałów dostępnych w streamingu mielibyście wybrać akurat ten tytuł.