Bill Morrison, amerykański artysta tworzący eksperymentalne kolaże filmowe, twórca monumentalnej "Decasii", przyjechał do Wrocławia pokazać swoje nowe dzieło. Stworzona techniką found footage "Iskra boża" jest nietypową ekranizacją "Frankensteina" Mary Shelley, w której ożywionym potworem staje się taśma filmowa.
Na American Film Festival we Wrocławiu odbyła się światowa premiera "Iskry bożej". Wcześniej pokazywana była tylko raz w postaci wizualizacji do koncertu Dave’a Douglasa, autora muzyki do filmu. Który rodzaj seansu jest dla filmu odpowiedniejszy? To dwa różne sposoby odbioru.
"Iskra boża" była stworzona z myślą o pokazach z muzyką na żywo. Później jednak nagraliśmy ścieżkę dźwiękową do seansów kinowych i okazało się, że przy odpowiedniej akustyce wrażenia są podobne. A nawet lepsze, bo publiczność jest bardziej skoncentrowana na filmie, kiedy nie ma przed sobą pięciu muzyków na scenie.
W jakim stopniu "Iskra boża" jest hołdem złożonym kinu niememu? Kinu, które przecież tak naprawdę nigdy nie było nieme, bo obrazowi zawsze towarzyszyła muzyka. Prawdą jest, że w
"Iskrze bożej" nie ma za wiele ciszy, pojawia się ona wyłącznie w przerwach między kolejnymi rozdziałami. Narratorem jest właśnie muzyka. Często, gdy mówimy "kino nieme", myślimy o tych przegestykulowanych, nazbyt dramatycznych i teatralnych filmach. Jednak
"Berlin, symfonia wielkiego miasta" Waltera Ruttmana czy dużo późniejsze
"Koyaanisqatsi" Godfreya Reggio to także filmy nieme i właśnie z tej tradycji zrodziła się
"Decasia". W
"Iskrze bożej" użyliśmy starych filmów dokumentalnych, gdyż powieść
Mary Shelley pochodzi z XIX wieku i trudniej byłoby osiągnąć zamierzony efekt za pomocą zdjęć współczesnych. Nie patrzę jednak na
"Iskrę bożą" wyłącznie jako ukłon w stronę kina niemego. Jest raczej rodzajem listu miłosnego do kina w ogóle. Stąd znajdziesz tam nawiązania do prawie każdej dekady w historii kina.
Brak dialogów, poszatkowanie na rozdziały, zdjęcia utrzymane w różnorakich estetykach – wszystko to zostawia pole widzowi do układania w głowie własnej opowieści. Widz otrzymuje sekwencje przebłysków, które sam musi sobie poskładać i dopowiedzieć. Kto dobrze zna powieść
Mary Shelley, łatwo będzie mógł zrekonstruować fabułę na podstawie tych obrazów, zrozumie, do jakiego fragmentu nawiązuje konkretny obraz. Mają w tym pomóc także plansze z tytułami rozdziałów, ale jeśliby z nich zrezygnować, historia nadal powinna być czytelna. Film tłumaczy się sam.
Dlaczego nie użyłeś żadnych fragmentów filmów fabularnych? Materiał dobrany został wyłącznie z filmów dokumentalnych i edukacyjnych, bo zależało mi na autentyzmie. Nie chciałem żadnego udawania, żadnego aktorstwa. Nie chciałem wykorzystywać niczyjej wizji artystycznej. Ponad wszystko zaś nie chciałem używać żadnych fragmentów z wcześniejszych filmów o Frankensteinie. To miała być historia opowiedziana na trzeźwo, w najbardziej surowy z możliwych sposobów, nieskażony poprzednimi ekranizacjami i interpretacjami.
Sam pozwalasz wykorzystywać innym fragmenty swoich filmów? Każdy może użyć ujęć, których ja użyłem, jeśli oczywiście zdobędzie na nie licencję u stosownego źródła. Jeżeli natomiast ktoś użyłby ich już po moim montażu, wtedy oczekiwałbym podobnego szacunku, jaki ja okazałem właścicielom praw autorskich filmów, które sam wykorzystałem. Musi się z tym zgłosić do mnie, bo po obróbce materiału stanowi on już moją własność intelektualną. Nie wyobrażam sobie, by ktoś przywłaszczył sobie cały rozdział
"Iskry bożej" tylko dlatego, że nie ja nakręciłem poszczególne ujęcia. Film tak naprawdę rodzi się na etapie montażu.
Historia Frankensteina, tak jak Ty ją opowiadasz, jest bardzo postmodernistyczna, traktuje bowiem o oddzieleniu dzieła od autora. Co czyni Ciebie autorem? Moje autorstwo polega w największym stopniu na opracowaniu koncepcji filmu. Najważniejsza jest idea, sam materiał liczy się już mniej. Zgromadzenie go, nabycie praw autorskich, montaż i obróbka zdjęć to kolejne etapy. Akt twórczy zaczyna się w mojej w głowie – to tam wyjmuję coś z oryginalnego kontekstu i tworzę nowy. Nie przywiązuję się do sposobu, w jaki wcześniej prezentowany był materiał, którego używam, tworzę nową opowieść poskładaną z kawałków już istniejących. Na pewno jest to podejście postmodernistyczne, ale także niemałe wyzwanie. Poprzez
"Iskrę bożą" chciałem sprawdzić, czy jestem w stanie opowiedzieć klasyczną literaturę po swojemu. Nie sądzę, by ktoś potrzebował raz jeszcze obcować z "Frankensteinem"
Mary Shelley w formie, która jest dobrze znana. Bardziej interesowało mnie, jak powieść ma się do moich metod pracy, czy wnosi w nie twórczą energię i czy ja mogę wnieść coś do niej.
Marry Shelley
Twoje filmy pokazywane były w wielu światowych muzeach. Co sądzisz o postępującej transformacji współczesnych galerii z formatu white cube (biały sześcian jako najdogodniejsza sceneria wystawiennicza) w black cube (ciemne sale, dostosowane do prezentacji filmów)? Nie mam obecnie podpisanej umowy z żadną galerią, która by mnie reprezentowała, ale jestem na nie bardzo otwarty. Museum of Modern Art w Nowym Jorku ma prawo pokazywać niektóre moje filmy, ale wszystko zależy tu od kuratora. Osobiście wolę oglądać filmy w kinie niż w galerii. Zresztą dzięki rozpowszechnieniu najróżniejszych elektronicznych nośników, na których można oglądać filmy, prawdziwe kina stały się jeszcze fajniejsze, bo pójście do nich staje się czymś szczególnym.
Czy w momencie gdy kino, niczym eksponaty archeologiczne, trafia do muzeum, nie oznacza to jego śmierci? Peter Greenaway twierdzi, że kino od dawna jest już martwe. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Mało tego – nie widzę, by
Greenaway zrobił cokolwiek, by to udowodnić. Może i skonstruował jakieś cyfrowe urządzenie, które przypadkowo lub nieprzypadkowo układa sceny w porządku niesekwencyjnym, nie widzę jednak, w jaki sposób miałoby to być rewolucyjne. Wszystkie sceny i tak kręcone są przez niego w bardzo tradycyjny sposób.
Greenaway nie stawia już wyzwań przestrzeni kina, jedyne, co robi, to dużo szumu. Kino z całą pewnością nie jest martwe. Odwrotnie – ma się świetnie. Festiwale filmowe odbywają się w niemal każdym mieście. Wielkie hity kinowe przyciągają tłumy na seanse, także w technice 3D. Kino staje się technicznie coraz bardziej wyszukane i odmładza się dzięki dzieciakom z pasją uczącym się, jak kręcić filmy. Nastąpiła demokratyzacji dostępu do sprzętu, stąd można być filmowcem za mniejsze pieniądze. Przyszłość kina rysuje się bardzo jasno.
Jakie masz dalsze plany z "Iskrą bożą"? Jak wiesz, pokazujemy
"Iskrę bożą" nie tylko na festiwalach, ale również jako część live actu kapeli
Dave’a Douglasa, autora muzyki do filmu. Niebawem odbędzie się jego nowojorski koncert, a od listopada wyrusza on w europejskie tournée, podczas którego pokazywany będzie film. Z tego co wiem,
Dave ma grać także w Katowicach, więc już dziś zapraszam.