Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/CANNES%3A+Ayka+i+inni-128349

CANNES: Ayka i inni

  • autor: Michał Walkiewicz, Sebastian Smoliński
  • Relacja
To już dziś! W oczekiwaniu na werdykt jury 71. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes prezentujemy recenzje kolejnych konkursowych filmów: Sebastian Smoliński wybrał się na "Ahlat Agaci" w reżyserii stałego bywalca imprezy, Nuriego Bilgego Ceylana, z kolei Michał Walkiewicz obejrzał nowy film Sergieja Dworcewoja ze zdjęciami Jolanty Dylewskiej – "Ayka".

4bac1f771d08c8dc885e13cddc59e61051482799.jpg

Z zimną krwią ("Ayka", reż. Sergiej Dworcewoj)

Sergiej Dworcewoj to absolutny fenomen wśród europejskich klasyków kina artystycznego. Studiował aeronautykę, ale skończył z kamerą w dłoni. Pracował jako inżynier lotnictwa, jednak w kinie nie odrywa stóp od ziemi. Ma na koncie kilka krótszych form, parę dokumentów i zaledwie jeden pełen metraż, lecz na jego nowy film czekaliśmy jak na zbawienie (ok, na "Avengers" pewnie bardziej, ale mniej więcej łapiecie, o co chodzi). Powód jest prozaiczny, widać go w "Ayce" jak na dłoni: jeśli z filmu o brodzącej po kolana w śniegu wyrodnej matce wychodzicie bez myśli samobójczych, wiedzcie, że ktoś tu odnalazł swoje powołanie.

"Aykę", podobnie jak doskonałego "Tulpana", otwiera kaskada dźwięków rozlegających się w całkowitej ciemności. Tam słyszeliśmy zew kirigijskiego stepu, tutaj - dziki wrzask noworodków. Jesteśmy w moskiewskim szpitalu, gdzie położne musztrują nielegalną imigrantkę, by ta nakarmiła swoje dziecko. Dziewczyna ma jednak inne plany. Barykaduje się w toalecie, wyważa okno i daje nogę. Jeśli myślicie, że trudno ją polubić, wiedzcie, że jeszcze trudniej ją oceniać. Po dramatycznej ucieczce, okrwawiona i spocona, melduje się w pobliskiej fabryce, gdzie w sali przypominającej średniowieczny gabinet tortur obiera z piór wygotowane kurczaki. Szemrani pracodawcy ulatniają się wraz z pieniędzmi, za oknem szaleje zima stulecia, Ayka zaś idzie dalej, w kolejny krąg piekła. Po drodze ściąga badylem zwisające ze stropu sople lodu. Niedługo wsunie je w majtki, będzie chciała ukoić ból, a następnie położy się w barłogu pośród dziesiątek swoich rodaków. Ktokolwiek twierdził, że cierpienie uszlachetnia, najwidoczniej nie był samotną Kirgijką w Moskwie.

Chociaż swój film Dworcewoj wywodzi od prasowej anegdoty oraz statystyk na temat porzuconych w Moskwie noworodków, nie jest to ani twarda publicystyka, ani tym bardziej pornografia kobiecej gehenny. Reżyser pokazuje bohaterce wyjście z sytuacji, choć jest ono tak mgliste i nieoczywiste, że film pozostanie do samego końca opowieścią przede wszystkim o sile instynktu. Ayka nie jest kobietą, której mamy "kibicować", a przynajmniej nie w tradycyjnym, dramaturgicznym sensie. To postać z krwi i kości, jasne, ale też personifikacja ludzkiej woli przetrwania, wszystkich impulsów, które pozwalają nam brnąć przez rynsztok i podejmować - w szeroko pojętej "samoobronie" - niemoralne decyzje.

Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ.

MV5BYmU1YzYwN2QtZTI4Mi00YTIxLTg3ZjEtZDFlZWFhMzYzZTViXkEyXkFqcGdeQXVyMTk4NTIzMzI@._V1_SX1777_CR0,0,1777,744_AL_.jpg


Grusza i gruszka ("Ahlat Agaci", reż. Nuri Bilge Ceylan)

 W filmie Nuriego Bilge Ceylana niedaleko pada gruszka od gruszy. "The Wild Pear Tree" to kreślony z cierpliwością portret świeżo upieczonego absolwenta pedagogiki, który wraca do rodzinnego Çan w północno-zachodniej Turcji. Początkowo Sinan (Aydin Dogu Demirkol) utwierdza się w przekonaniu, że jego bliscy - szczególnie ojciec, trwoniący zarobki na zakładach bukmacherskich - zasługują tylko na politowanie i nacechowane wyższością gesty. Chłopak pozuje na kogoś, kto przewyższa obyciem i inteligencją prowincjonalną społeczność, ale w miarę upływu czasu (odmierzanego zmianami pór roku) przekonuje się, że więcej go z ojcem łączy niż dzieli - co przynosi mu jednocześnie gorycz i ukojenie.

 Punkt wyjścia przypomina "Cichą noc" Piotra Domalewskiego: Sinan wraca na stare śmieci jako obywatel dużego miasta, któremu obce są lokalne sprawy i problemy. Mikrokosmos Çan wciąga go i nie puszcza, na wierzch wychodzą tajone urazy, a sytuacja rodzinna stopniowo się komplikuje. Ceylan nie dba jednak o to, by ulepić z "The Wild Pear Tree"pełnokrwisty dramat. Wystarcza mu filmowanie bardzo długich rozmów (dyskusja spacerujących po wiosce trzech kumpli o Koranie zajmuje u niego kilkanaście minut) oraz przemycanie w dialogach szczegółów o bohaterach i ich poglądach, które dopiero w kolejnych scenach nabierają odpowiedniej wagi. 

 Mistrzem ironii i sarkazmu jest w filmie sam Sinan - wiecznie przygaszony i wycofany, a jednocześnie nieprzeciętnie złośliwy, zdeterminowany, by wygrać każdą słowną utarczkę. Kiedy swoim pasywno-agresywnym tonem doprowadza do szału świeżo poznanego, poczytnego pisarza, nie mamy wątpliwości, że w bohaterze siedzą niemałe pokłady agresji i niechęci do samego siebie. Jeśli Sinan czegoś w życiu chce, to właśnie tego, by zostać pisarzem. Zanosi manuskrypt swojej powieści do burmistrza Çan i lokalnego "bibliofila" (który z dumą pokazuje mu całe dwie półki książek w swoim biurze), ale mimo deklarowanego przez nich zainteresowania, nie udaje mu się zdobyć funduszy na publikację. Sinan, podobnie jak jego rodzina i przyjaciele, pogrążony jest w marazmie i łagodnej melancholii.

"The Wild Pear Tree" kojarzy się najbardziej z poprzednim filmem Ceylana, czyli nagrodzonym Złotą Palmą "Zimowym snem". W obu bohaterem jest nieprzyjemny, pełen pychy mężczyzna i oba mają pokazać przede wszystkim kunszt scenariopisarski reżysera. Nazywany często "tureckim Czechowem", Ceylan wziął chyba te słowa na poważnie i już po raz drugi zanurza nas w ponad trzygodzinnej opowieści o ludzkich słabościach i pielęgnowanej w samotności mizantropii, której główną wartością ma być serwowany przezeń szerokim gestem dialog. Choć scenariusz filmu wydaje się subtelniejszy od bardziej otwarcie autobiograficznego Zimowego snu, jednostajny rytm rozmów zamienia potencjalnie intensywne wymiany zdań w niemal stoickie medytacje. Paradoksalnie zatem to wówczas, kiedy bohaterowie nie rozmawiają, ujawnia się siła kina Ceylana.

Całą recenzję Sebastiana Smolińskiego przeczytacie TUTAJ.

zobacz też: