Relacja

CANNES 2012: Ameryka w rozkładzie

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2012%3A+Ameryka+w+rozk%C5%82adzie-85578
Czy to nie kpina z widza, że o kryzysie ekonomicznym opowiada nam jedna z niewielu osób na ziemi, która tak ewidentnie jest poza jego zasięgiem?

Choć na konferencję z Bradem Pittem ustawia się rekordowa kolejka, w Cannes do kina wciąż chodzi się na autorów, a nie znane twarze. Idę na Depardona, Kiarostamiego, Resnais – tym kodem porozumiewają się widzowie. Kino autorskie dominuje, co nie znaczy, że w konkursie nie znalazło się kilka potencjalnych hollywoodzkich hitów, które trafią do multipleksów, a ewentualna Złota Palma niewiele w ich kinowym żywocie zmieni.

Przyjęło się, że pojęcia kino autorskie i amerykański system produkcji traktujemy przeciwstawnie. Lecz konkursowe propozycje Made in USA podważają ten podział: daleko im do wysokobudżetowego mainstreamu, noszą znamiona stylu reżysera. Korzystają z wizerunku gwiazd, lecz wykraczają poza standardową narrację. Dotyczy to zarówno wizualnie pięknego, osadzonego w czasach prohibicji "Lawless", jak i zaprezentowanego dziś publiczności "Killing Them Softly" Andrew Dominika.

Nowy film autora "Zabójstwa Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego tchórzliwego Roberta Forda" rozgrywa się gdzieś na bliżej niezdefiniowanej amerykańskiej prowincji. Ulica, którą widzimy w pierwszej scenie, jest pełna śmieci powiewających na wietrze, domy popadają w ruinę. Nasi bohaterowie będą spotykać się w starych samochodach, na opustoszałych parkingach, w melinach i podejrzanych kanciapach, w których, co widać na kilometr, nikt nie zajmuje się legalnym biznesem. Ale pustką wyziera tu nie tylko z dekoracji.
 
To historia gangsterska, jakich wiele: dwóch nieudolnych opryszków ograbia uczestników gry w pokera. Ponieważ nad nielegalną grą pieczę sprawowali lokalni mafiosi, złodziei czeka zemsta z ich strony. Misję odnalezienia złodziei otrzymuje człowiek od zadań specjalnych, Jackie Cogan (Brad Pitt).

Dominik rozkoszuje się samą sytuacją i długo przygotowuje nas do właściwej akcji. Bohaterowie prowadzą rozwlekłe rozmowy o tym, co się wydarzyło, co należy zrobić. Rozmawiają oczywiście też o pieniądzach: negocjując cenę ze zleceniodawcą (Richard Jenkins) Cogan dowiaduje się, że i ceny na czarnym rynku spadły ze względu na kryzys. Bowiem w "Killing Them Softly" kluczowy jest wątek dotyczący polityki i ekonomii. Opowieść o napadzie i koniecznej zemście wydaje się chwilami z premedytacją sztampowa. Natomiast Dominikowi zależy, aby odnieść ją do bieżącej sytuacji: już na początku pojawiają się wstawki w postaci przemówień polityków. Słyszymy wygłaszających nadęte komunały Busha, Obamę. W jednej z ostatnich scen Obama opowiada w telewizji o równości. Jasne, wszyscy są równi - komentuje Cogan, po czym sam przystępuję do krótkiej tyrady historiozoficznej odwołując się do Jeffersona. Kończy ją zdaniem, które zostało stworzone do tego, aby funkcjonować od dziś jako poręczny cytat: Ameryka to nie kraj. To biznes.  

Pustką zieje więc z dwóch stron tej opowieści. Z jednej strony od świata przestępczego, w którym akcję zastąpiły gesty i wystylizowana do granic możliwości przemoc. Z drugiej skrajnej strony pustka toczy wyżyny, czyli rządzących. Dominik obnaża ją z zapałem godnym innej sprawy: chyba dla nikogo nie będzie odkryciem, że równość i solidarność najlepiej się czują na ustach polityków, a nie wśród ludzi. Jednocześnie przy okazji pokazywania kryzysowej degeneracji i obnażania hipokryzji systemu, reżyser ujawnia hipokryzję samego Hollywood. Gdy Cogan cynicznie mówi, że wszyscy są równi, przypominamy sobie, że to przecież Brad Pitt, który akurat na pewno nie jest traktowany na równi z innymi. Na konferencji filmu aktor wygłasza parę banalnych uwag o tym, jak duże są różnice w społeczeństwie i jak ciężko jest wielu ludziom żyć. Jasne, kto jak kto, ale on to, jak widać, wie dużo o problemach finansowych. To kpina, choć przypuszczam, że niezamierzona, z widza. Potwierdza jedynie, jak głębokie są różnice pomiędzy 1% a całą resztą.

 
 
Równie na opak można odczytać tytuł: bohaterowie zabijają się nawzajem zupełnie niedelikatnie. Będzie tu scena jak w windzie z "Drive", będzie rozwalenie mózgu pokazane, wraz z lotem pocisku (sic!), w zwolnionym tempie. Towarzyszy temu muzyka: Lou Red, Johnny Cash. To rażąco wtórna estetyka. Zamierzenie nowozelandzkiego reżysera było ambitne i na pewno nie stworzył przeciętnego filmu gangsterskiego. Jednak w ostatecznym rozrachunku więcej u niego przelanej krwi niż odkrywczej refleksji o współczesnym świecie.

Ameryka, przynajmniej w canneńskim konkursie, choć stara się poszukiwać innego filmowego języka, rzeczywiście na razie trzyma się gorzej niż pozostali. 
Udostępnij: