Głos Pana

His Master's Voice

2018 1 godz. 48 min.
5,3 426
ocen
5,3 10 426
1 495
chce zobaczyć
{"rate":4.25,"count":4}
{"type":"film","id":785868,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/His+Master%27s+Voice-2018-785868/tv","text":"W TV"}]}
powrót do forum filmu Głos Pana
  • Czy to jest na podstawie "Głos Pana" Stanisława Lema?
    Jeśli tak to gratuluje reżyserowi odwagi brania się za tak trudne dzieło.

  • Sturm W 43sek polskiego zwiastunu, potwierdzają że to na podstawie LEMa.

  • willet Głos Pana czytałem już dość dawno, ale oglądając zwiastun nie widzę tego "na podstawie"...

  • Sturm Tak to wg.Lema,,,,,,,,szkoda , że się nie wzięli za "Niezwyciężonego",,,,,,,,,,,

  • mgaak ocenił(a) ten film na: 9

    Terminuss Jest audiobook zrobiony perfekcyjnie. Jest sporo aktorów podkładających dzwięk innym bohaterom i efekty dźwiękowe, ekstra polecam.

    Co do Głosu Pana, to nie czytałem - czytałem za to m.in. Fiasko i Śledztwo film miał w sobie elementy jakby z Fiaska i Śledztwa. Podobno Lem wykorzystywał swoje pomysły kilka razy więc może to to a może reżyser po prostu chciał pokazać to tak.

  • hyrkan ocenił(a) ten film na: 9

    Sturm To nie jest ekranizacja tekstu Lema. To film, który nawiązuje do motywów z prozy Lema, z "Głosu Pana" i "Fiaska".

  • ira_fish_1 ocenił(a) ten film na: 6

    hyrkan Zgadza się: nawiązuje do motywów. Stanowi pretekst do rozważań, które u Lema wcale nie istniały. I dlatego uważam, że nadanie filmowi tytułu "Głos Pana" jest nadużyciem. Lem prawdopodobnie by się od tego odciął, podobnie, jak w przypadku "Solaris".
    Mamy tutaj raczej problem psychologiczny, podczas gdy u Lema chodziło o szereg zagadnień z pogranicza filozofii, semiotyki i egzystencjalizmu ( a i to jeszcze nie wszystko!).

  • hyrkan ocenił(a) ten film na: 9

    ira_fish_1 "Wysoki zamek" nazywa się po zamku we Lwowie, "Eden" po miejscu zamieszkania pierwszych ludzi, do innych znaczeń odsyła nas "Sezam" i "Golem".
    Gdyby Lem miał aprobować użycie pewnych nazw tylko wtedy, gdy się dokładnie powtarza związaną z nimi treść, to dość skutecznie by sobie strzelił w stopę. To raz.

    Dwa: Lem nie był szczególnie zdolnym krytykiem filmowym. Oceniał właśnie zbieżność przekazu z tekstem wyjściowym. Jako pisarz mógł być oczywiście niezadowolony z tego, że ktoś mu przerabia dzieło, ale to niezadowolenie nie ma wymiaru krytyki filmowej.

    Można zatem powtórzyć zachowanie Lema, zbadać niezgodność filmowego "Głosu Pana" z książkowym "Głosem Pana", a potem jeszcze wykazać nieco hipokryzji i nie pomyśleć, że "Eden" nie jest opowieścią biblijną, a "Golem" legendą żydowską. Tylko po co? :)

  • ira_fish_1 ocenił(a) ten film na: 6

    hyrkan Nie zgadzam się z takim twierdzeniem. O ile Eden, Golem, Wysoki Zamek nie są dla Lema "zarezerwowane" jako nazwy włane, są za to symbolami funkcjonującymi w kulturze, to już z "Głosem Pana" jest trochę inaczej. To jest jego marka:) Dlatego powołuję się na "Solaris". Tak samo byłoby z "Dziennikami gwiazdowymi", "Kongresem Futurologicznym", "Cyberiadą", "Niezwyciężonym" i nie tylko - ponieważ każdy utwór, który by się tak nazywał, a mówiłby o czymś zupełnie innym, za tło jedynie sobie biorąc Lema i na niego się powoływał, byłby nadużyciem.
    Przykład:
    - wyobraźmy sobie... pojawia się film pt. "Niezwyciężony", opisany jako dramat sci-fi na motywach powieści Lema pt. "Niezwyciężony"
    Mówi o tym, jak to matka/syn/córka/wnuk/przyjaciel/ktoś tam jakiegoś astronauty szuka prawdy o jego niejasnym testamencie. Testament był spisany przed wyprawą. Cały film krąży wokół testamentu, ale w tle pojawiają się wątki o wyprawie. Może przewidywał, że nie może wrócić i chciał uporządkować sprawy? Może to jakoś rzutuje na kształt testamentu?
    Ale to nie jest sci-fi! I z wyprawą może coś wspólnego ma, a może nie. Ale na pewno nie jest to ekranizacja, którą można opisać, jak wyżej, czyli dramat sci-fi na motywach Lemowskiej powieści o określonym tytule?
    Czy można powiedzieć, że to film sci-fi na motywach "Niezwyciężonego"? No, nie! To dramat psychologiczny, w którym motyw"Niezwyciężonego" jest tylko sztafażem. Równie dobrze można było sobie wymyslić sto tysięcy innych sztafaży, nic wspólnego nie majacych z Lemem, a efekt byłby ten sam!

    Słowem: nie ma to z "Głosem Pana" Stanisława Lema nic wspólnego, zupełnie nic! A te wstawki z hipotetyczną wyprawą do źródła sygnału, zniszczenie adresata w obliczu braku możliwości porozumienia (na wszelki wypadek?), to jakaś bzdura, niepotrzebna i nic nie wnosząca. Jakaś taka dygresja na marginesie (nb. dla mnie - w sensie filozoficznym i naukowym - ciekawsza, niż poszukiwanie taty, ale to zupełnie inna bajka).

    Nie bardzo też rozumiem, jak ta "wstawka" koresponduje z wielką ludzką postacią kroczącą po pustyni.
    Widzę wyraźne nawiązanie do obrazu Goyi "Saturn pożerajacy własne dzieci". Szybciej to ma coś wspólnego z fabułą tego filmu, lecz w całości kupy się nie trzyma, skoro na motywach Lema....

    Powtórzę Twoje pytanie - po co to wszystko? Nie ironizuję tym razem. Może masz jakąś koncepcję, która mnie przekona?

  • hyrkan ocenił(a) ten film na: 9

    ira_fish_1 https://en.wikipedia.org/wiki/His_Master%27s_Voice

    Lem urodził się później niż ta nazwa :)

    Fajnie, że jeszcze piszesz jakieś przykłady etc, ale może nie kompromituj się dalej. Autorzy nawiązują do siebie wzajemnie. Tworzysz jakiś dziwny podział na nazwy "funkcjonujące w kulturze" i "zarezerwowane". Gdyby "Głos Pana" nie funkcjonował w kulturze (przynajmniej części ludzi), to by nie był nazwą wartą wykorzystania. Tak jak Eden, gdyby nie niósł ze sobą jakichś znaczeń.

    Weźmy "Na wschód od Edenu". AAaaaaa! Aaaaa! Panika! Dzwoń po Morawieckiego!!! To nie jest o Adamie i Ewieee!!!!!1111 Jezusmaria, taki film opisany jako DRAMAT BIBLIJNY, a toć on nie o Biblii jest!!!!!!1

    Ok? Pokumałeś? :D Nikt nie zmusza Steinbecka, żeby powstrzymywał się od reinterpretacji motywu, użycia go w charakterze punktu wyjścia, analogii. Steinbeck nie pisze dalszego rozdziału Biblii.

    Albo "Pigmalion'. Aaaaaaaaa, na Zeusa Dzeusa!!!!! Dzwoń po Marsjasza! Jak to nie żyje?!?!?!?! To kto teraz ukarze kapciem Shawa, że śmiał nawiązać do mitu, choć sam nie tworzył mitu?

    Powtórzę zatem: wszyscy mamy Twoje zdanie w ciemności. Nie obchodzi nikogo arbitralny i zupełnie z punktu widzenia sztuki nieuzasadniony podział na to, co wolno reinterpretować i to, czego reinterpretować nie wolno. Na to, do czego wolno nawiązać, choć zmienia się klimat, gatunek, i na to, do czego nie wolno nawiązać, a co wolno tylko EKRANIZOWAĆ zachowując gatunek, wydźwięk etc. Bo Lem zarezerwował nazwę!
    Tworząc ten niemożliwie głupi podział umieszczasz Lema w trumnie - to znaczy podkreślasz, że Lem w kulturze (Twojej?) nie funkcjonuje. Robisz z niego nienaruszalny pomnik, a nie autora dzieł ponadczasowych. Dzieło ponadczasowe to takie, które funkcjonuje, jest na nowo czytane. Pomnik natomiast, albo preparat biologiczny w gablocie, to niezmienne świadectwo przeszłości. Martwe i "nie dotykaj Jasiu".

    Twórcom filmów nikt nie każe robić ekranizacji. Przyznam Ci się, że w podstawówce i liceum oglądaliśmy filmy, ekranizacje niektórych szkolnych lektur. Jakże potem po nich jechał Kałużyński! Ekranizacje wierne w większości są miałkie, bo rzadko materiał książkowy daje się bezproblemowo traktować jako materiał filmowy. W "Weselu", przy wierności fabularnej, dynamika wręcz prosi o film. Przy "Panu Tadeuszu" filmowanie brzozy to już trochę nędza reżyserska. Dobrym filmem jest "Sanatorium pod Klepsydrą", ale nie jest obrazowaniem słowo po słowie prozy Schulza. "Przedwiośnie" to średniak i nie nieścisłości fabularne z książką go czynią słabym.

    Dalej: "Ostatnie kuszenie Chrystusa" jest świetnym filmem, bo jest na podstawie powieści, która odeszła od brązownictwa postaci biblijnych. Natomiast jakieś typowe świąteczne kino biblijne o Jezusie czy Mojżeszu nie daje się oglądać. Reinterpretacja motywu, gdy tekst jest niefilmowy (to znaczy oparty na tym, co nieprzekazywalne montażem, obrazem etc), jest obowiązkiem dobrego filmowca, bo inaczej robi po prostu miernotę. W słabych EKRANIZACJACH dialogi podane słowo w słowo za książką okazują się mieć kiepską dynamikę, powodują odczucie nienaturalności (np. na podstawie Lema "Przypadek Ijona Tichego", bohaterowie tak nużąco deklamują książkowe kwestie, że nie da się uwierzyć w naturalność któregokolwiek. Jedynie pojawiający się przez minutę Więckiewicz nie boli).

    Intelektualny bagaż "Głosu Pana" jest niefilmowy. Obowiązkiem filmowca jest nie próbować wtłaczać go na siłę w film. To byłoby odbębnianie kolejnej lektury (Zemsta, Stara baśń, W pustyni i w puszczy) o niskim poziomie filmowym, żeby dzieci nie musiały czytać, a wiedziały, kto umarł, a kto ratował słonia. Takie traktowanie lektur, jedynie jako źródło potraktowanej wprost fabuły, jest filmowo nie do przyjęcia i Kałużyński pisał o tym w każdej kolejnej recenzji lekturowej szmiry.
    Na drugim biegunie głupoty jest deklamowanie w filmie długich, intelektualnych monologów. Nie da się czegoś zagrać, trzeba to powiedzieć słowami? To po co w ogóle to filmować? Po co ktoś ma słuchać tego, co już zna z lektury, gdy nie jest to zagrane, ale pozostaje cały czas opowiedziane słowem? Jest bolączką kina z USA, że nie można ufać wielu widzom, a kieruje się filmy do jak najszerszego grona odbiorców. Wobec tego NAWET gdy coś zostało zagrane, dodaje się jeszcze długie monologi brzmiące jak z książki (nawet jeśli podstawą nie jest książka), żeby widza doinformować, co sam przeoczył.
    I tak na przykład Deckard sobie monologuje na wzór bohaterów prostych filmów noir, co widzowi kumającemu film raczej przeszkadza niż pomaga, bowiem zawęża interpretację do deckardowego odbioru zdarzeń. Zawężona interpretacja to, powtórzę, zabicie tekstu/filmu. Nie można go odczytywać na nowo, nie może funkcjonować w nowych warunkach, może nas tylko odsyłać do staroci, historii, gablot muzealnych.

    ------

    Gdy zatem twórca filmowy staje przed tekstem, który w jego kulturze funkcjonuje (nawet jeśli nie w Twojej), i jest to dla niego tekst żywy (a nie muzealne "nie ruszaj"), to ma obowiązek aktualizacji. Jeśli bowiem w filmie istotne byłyby realia historyczne, to nic z wydźwięku tego filmu nie może być stosowane w TERAŹNIEJSZOŚCI. Gdyby natomiast realia historyczne były jedynie maską, tekst/film byłby czytelny w dowolnych czasach. I tak Branagh robi dobrego "Hamleta" zmieniając scenografię i czasy, ba, nawet "Romeo i Julia" Luhrmanna ma dobre momenty, choć raczej nie DiCaprio, bo stawiają na to, co jest ponadczasowe, a nie na muzealnictwo.
    U Lema, co oczywiste dla czytających, realia historyczne nie są istotne. W stylizowanej przyszłości zachowania są nieodróżnialne od zachowań współczesnych Lemowi. Mamy te same motywacje, te same uprzedzenia. Gajewska w książce "Zagłada i gwiazdy" odnajduje natomiast za teraźniejszą czy przyszłościową maską również wspomnienia Lema z czasów wojny, przy tym nie chodzi o oddanie bezpośrednio fabuły, zdarzeń wojennych, chodzi natomiast o oddanie umysłowości ocalonego z holocaustu, jego emocji, bagażu, doświadczenia.

    Lem nie tworzył muzealnictwa i byłoby samobójstwem sztuki montować filmy, które przez realia historyczne stają się w dniu premiery nieaktualne. W netach znajdziesz masę gimbów rozliczających Lema z tego, czy wszędzie umieszczał właściwe technologie, czy gdzieś w rakietach są może kasety magnetofonowe. To jest właśnie niezrozumienie ponadczasowości tekstu, w którym realia historyczne albo przyszłościowe są maską dla cenzorów, są odejściem od komentarza publicystycznego czasów obecnych etc.

    ----

    Palfi w "Głosie Pana" oczywiście aktualizuje czasy, bo zmienia pokolenie. Motyw odszukiwania ojca jest paralelą poszukiwania sensu w twórczości Lema, jest szukaniem tego, co przeżyło z tamtych lat. Szczęśliwie unika robienia filmu o nieistniejących czasach lemowego "Głosu Pana", bo brak aktualizacji sugerowałby, że zachowania ludzkie opisane w książce są charakterystyczne dla jakiegoś "tam i wtedy" i nietransferowalne gdzie indziej.

    Lemowy "Głos Pana" jest pretekstowo o kontakcie z obcą cywilizacją, którego jednak w rzeczywistości nie ma. Każdy kontakt na kartach powieści jest o kontakcie międzyludzkim, o międzyludzkich pragnieniach i kłopotach w komunikacji, o jednostkach zaangażowanych w poszukiwanie prawdy i o oszołomach chcących wykorzystać jakieś odkrycia dla kasy. O kontakcie z politykami i wojskowymi. O ile fiasko komunikacji z kosmitami da się opisać na jednej stronie, o tyle parę setek wymaga demitologizacja kontaktu ludzi z ludźmi. Choć wydaje się, że znamy wzajemnie swój język, na drodze porozumieniu stają przeróżne zwyczaje, schematy, interesy, stanowiska, wychowanie, kultura, nawet (to jeden z przykładów) przeżycia wojenne.
    Palfi aktualizuje ten właśnie temat: komunikacji międzyludzkiej. Pokolenie jego widzów nie zna wojny, w większości nie pamięta czasów ZSRR i jego wpływu na Europę środkową i wschodnią. Widzowie znają natomiast sposoby własnej komunikacji. Film opisuje sprawę pretekstową: odnalezienia ojca (postaci ważnej, z którą chce się z komunikować, to analogia kosmitów z powieści) i kontakt rzeczywisty: między ludźmi. Między braćmi, rodzicami, rodzeństwem przyrodnim, biednymi i bogatymi, pragmatykami i artystami, w związku. W lekki (!) sposób Palfi oddaje z dużą mocą nieporozumienia, jakie towarzyszą nam na każdym kroku. W finale oczywiście nie udaje się również zrozumieć ojca.
    Jest całkiem miłe, że film o komunikacyjnej porażce ludzkości (która nie przeradza się w katastrofę tylko dlatego, że tak naprawdę do życia nie potrzebujemy porozumienia, a jego iluzji) udaje się zrobić na lekko, z humorem. W rzeczywistości udział mediów w kreowaniu dzikich afer, niemożność porozumienia z własną rodziną, niedopowiedzenia i kłamstwa to coś smutnego.

    Kosmiczne wstawki z "Fiaska" odsyłają nas do uniwersalności czasowej: zmienić się może technologia, możemy w końcu dolecieć do innych planet, ale to znów ludzkie reakcje i złudzenia decydować będą o (nie)powodzeniu kontaktu. Możemy mieć (technologiczną) możliwość zniszczenia planety, ale nie damy sobie rady z kontaktem, skoro nie radzimy sobie z rozmową. Powieść "FIasko" jest właśnie o ludzkich kompleksach wiezionych w kosmos, gdzie kończą się rzezią.

    W kontekście wojennym niemożność pogodzenia kultur nabiera dodatkowego sensu, choć nawiązanie jest jedynie delikatne.

    Scena olbrzyma jest sceną snu. Nie wiem, czy kumasz, jak działa sen: metaforyzuje przeżycia dnia codziennego. W tym przypadku dostajemy bardzo czytelną metaforę próby mierzenia się z czymś, co nas przerasta. Takie właśnie są dla bohatera zdarzenia. Ślizga się jedynie po ich powierzchni, ale w żadnym momencie nie staje się osobą o czymkolwiek decydującą. Może się gdzieś włamać, ale poza tym najwyżej ubiega się o wejście gdzieś, blokuje mu się dostęp do archiwum, czegoś nie może dotknąć, wywala się go z przyjęcia. Bohater jest niejako marionetką rzeczywistości, która pociąga za sznurki. Możliwym snem na ten temat jest właśnie bycie zjedzonym przez olbrzyma, z którym nie ma jak walczyć (i porozumieć się).

    Oczywiście scena olbrzyma ma też po prostu efekt filmowy, jest widowiskowa, jak kosmiczne wstawki z "Fiaska". Film jest prowadzony żywo, dynamicznie, ale dynamika bez zwrotów również byłaby nużąca.

    Przedstawione wyżej wrażenia stanowią jedynie część mojego i w ogóle możliwego odbioru filmu. Gdyby autor miał do powiedzenia tylko tyle, ile da się napisać na stronie tekstu, zapewne napisałby stronę tekstu i wysłał to mailem.

    --
    Tak czy inaczej, pokumaj proszę, że
    - artystom wolno nawiązywać do motywów ze sztuki, a nie ma motywów rezerwowanych na pomniki, nie jest takim motywem życie Jezusa, a tym bardziej powieść Lema
    - nie ma właściwego poziomu nawiązania. Jeśli ktoś chce czerpać więcej, czerpie więcej, jeśli woli mniej, to nawiązuje delikatniej
    - nie ma sensu odtwarzanie historyczne (to w kinie USA znów obśmiewa Kałużyński: dbałość o rzemyki starożytnych Rzymian, którzy jednak zachowują się dokładnie jak Amerykanie dzisiejsi), jeśli ma to zabić film/tekst. Tekst powinien funkcjonować, warto więc badać, w jakim stopniu odnosi się do dnia dzisiejszego, a luźna adaptacja jest właśnie takim testem.
    - Lem sam nawiązywał, a nawiązując - uniwersalizował. Prawda jego dzieł nie odnosi się ani do czasów, w których ma miejsce pretekstowa fabuła, ani do czasów Edenu czy Golema. Jest to prawda antropologiczna o zachowaniach ludzkich.
    - i na koniec: Palfi ma większe od Lema wyczucie kina, przedstawialności czegoś za pomocą środków filmowych, bez montowania w film czytanego tekstu. Lem chciał coś przekazać (i mimo znacznej ilości sprzedanych dzieł mógł stwierdzić, że nie czytają, nie rozumieją, nie pamiętają). Łatwo zrozumieć zdenerwowanie Lema, gdy kolejne filmy dają inny przekaz, czyli niejako zasłaniają wyjściowy. Palfi nie powtarzając po Lemie zachowuje tę część przekazuj, która nadaje się do techniki filmowej. Żyjemy jeszcze bardziej w erze komunikacji/informacji niż Lem i przedstawić to właśnie, jak mimo możliwości technologicznej ślizgamy się po powierzchni zjawisk, to jest w stylu Lema (choć w lżejszej wersji, raczej jak Tichy).

    Pozdro ;)

  • hyrkan ocenił(a) ten film na: 9

    hyrkan Wkradło się parę błędów, bo nie zdążyłem tekstu sprawdzić.
    - "Każdy kontakt na kartach powieści jest o kontakcie międzyludzkim", a powinno być "każdy kontakt na kartach powieści jest kontaktem międzyludzkim"
    - "przekazuj", a powinno być "przekazu".
    Może coś jeszcze. Przepraszam za niesprawdzenie tekstu przed wysłaniem.

  • hyrkan ocenił(a) ten film na: 9

    hyrkan Byłoby super, gdyby Cyberiada czy Dzienniki gwiazdowe funkcjonowały w kulturze, a nie w trupiarni nieaktualnych dzieł.

  • jos_fw ocenił(a) ten film na: 6

    hyrkan Ty powinieneś pisać tu recenzje.