Nigdy nie płacze na filmach, ale ta historia była prosta... i piękna i troszkę płakałem...
Bo taka miała być. Prosta i zawierająca w sobie zarazem więcej znaczącej treści niż wszystkie filmy Lyncha razem wzięte.
Wiem i ja to rozumiem, ale ten film zwyczajnie do mnie nie przemawia. Próbowałem jakoś wgryźć się w fabułę, ale nic z tego, zero jakiegokolwiek współczucia z mojej strony. Zresztą inne jego filmy też raczej mnie nie przekonują (jak np. Głowa do wycierania albo Zagubiona autostrada). Owszem, jest parę smaczków jak Dzikość serca albo Blue Velvet, ale lynchowska maniera nie jest chyba dla mnie. Planuję odświeżyć po siedmiu latach Mulholland Dr., by rozwiać wszelkie wątpliwości.
Akurat w tym filmie nie ma lynchowskiej maniery, a ta prosta historia jest miła, ciepła opowieścią, nie wiem może dla ludzi dojrzalszych wiekowo.
Jasne i dlatego mi nie podpasowal. Bo poszedłem zobaczyć Lyncha a mało bylo Lyncha w Lynchu. Mam innych ulubionych reżyserów - del Toro, Nolan, Fincher, Aronofsky, Kubrick, Tarantino, Scorsese czy a Lynch, Villeneuve (ale nie tylko ze względu na Diune, Hitchcock, Iñarritu, Dolan, Polański, Cameron, Paul Thomas Anderson, Burto, Zemeckis, Mendes, Lanthimos, Almodovar, Ritchie, Gilliam, Alan Parker, Ridley Scott, Carpenter,.von Trier. Nigdy w tym gronie nie bedzie na pewno Lyncha.