Używając niesłychanych metod przemocy, młody Joey Tai zostaje głową chińskiej mafii w Nowym Jorku i niezaprzeczalnym liderem w chińskim środowisku. Stanley White, najbardziej odznaczony gliniarz w Noym Jorku, nienawidzący Azjatów od czasów służby w Wietnamie, ma objąć policyjny nadzór nad Chinatown. Oboje są nastawieni na łamanie zasad i nie chcą pójść na kompromis, co wiedzie do krawego konfliktu.
Porządny film, tyle że zajechany niepotrzebnymi wątkami obyczajowymi. Mamy do czynienia z typową historią niepokornego, skłóconego z "systemem", gliny, który prowadzi grę z przebiegłym szefem podziemia; wszystko oczywiście uwieńczone pojedynkiem na odludziu. Niby banał, ale film nadrabia niesamowitym klimatem....
Bardzo miłe zaskoczenie. Z tak nudnego i oklepanego tematu tyle wycisnąć? Jestem pod wrażeniem.
Z wierzchu "Rok smoka" to taki typowy amerykański kryminał 'z tamtych lat'. Zatwardziały glina wymierza sprawiedliwość mafii i całemu światu, przy okazji tracąc najbliższych i pogrążając się w coraz większej rozpaczy i...
zakończenie zabolało jak nóż w plecy od bardzo dobrego przyjaciela, bezwymowny szok i głupia mina na twarzy.
Mówię tu (spoiler?)o ostatnich scenach filmu, gdzie Stanley wpada na ostatni pogrzeb i dziennikarka zbiera go z ulicy(/spoiler).
W takiej historii, taki hollywoodzki "happy end" aż razi, a że film podobał mi...