Piotr Czerkawski

Cuda

Perły lamusa
/fwm/article/Cuda-135994
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Mona+Lisa-135794

Mona Lisa

PERŁY LAMUSAPodziel się

W najnowszej odsłonie swojego autorskiego cyklu felietonów Piotr Czerkawski wyciąga z lamusa film Neila Jordana pt. "Mona Lisa". Sprawdźcie, co jest w nim takiego ciekawego, że mimo upływu lat warto do niego powrócić.

W najnowszej odsłonie swojego autorskiego cyklu felietonów Piotr Czerkawski wyciąga z lamusa film Neila Jordana pt. "Mona Lisa". Sprawdźcie, co jest w nim takiego ciekawego, że mimo upływu lat warto do niego powrócić. 

***

Na pierwszy rzut oka fabuła "Mona Lisy" to klasyczny czarny kryminał o przeciętniaku, który staje się marionetką w grze znacznie potężniejszych sił. (...) "Mona Lisa" to znacznie więcej niż zbiór gagów wyśmiewających nieporadne kroki parweniusza na salonach. Jordan bardzo szybko przekonuje, że niedopasowanie bohatera do otaczającej rzeczywistości ma głębsze podłoże egzystencjalne.


Neil Jordan ma ostatnio złą passę. Oglądając pozbawioną napięcia "Gretę" czy krzykliwe "Byzantium", trudno uwierzyć, że ich reżyser był kiedyś uważany za nadzieję brytyjskiej kinematografii. Ów status Jordan zawdzięczał przede wszystkim "Grze pozorów" (1992) – błyskotliwej krzyżówce kina politycznego i ekstrawaganckiego romansu, zawierającego w dodatku jeden z najbardziej zaskakujących zwrotów akcji w historii kina. W cieniu tamtego filmu po dziś dzień niesłusznie pozostaje starsza o sześć lat "Mona Lisa", w której irlandzki twórca zdołał ujawnić pokłady swojego talentu. Choć akcja opowieści toczy się głównie wśród obskurnych peep showów, sex shopów i burdeli, reżyserowi udało się unieważnić brutalność świata przedstawionego i nasycić go zaskakującą łagodnością.

Na pierwszy rzut oka fabuła "Mona Lisy" to klasyczny czarny kryminał o przeciętniaku, który staje się marionetką w grze znacznie potężniejszych sił. Jordanowi udaje się rozszerzyć te pozornie wątłe ramy do granic możliwości. Popis reżyserskiej wszechstronności stanowi już sam początek filmu. Pierwsze sceny "Mona Lisy" wydają się żywcem wyjęte z niezobowiązującej komedii romantycznej w stylu "Zakochani w Londynie". Oto brytyjska stolica budzi się do życia, a uśmiechnięty facet w średnim wieku przemierza jej zakątki, najpewniej w drodze na jakieś ważne spotkanie. Zanim zdążymy na dobre rozsmakować się w tej kojącej atmosferze, następuje gwałtowne cięcie. Ze świata późnego Woody'ego Allena przenosimy się w sam środek drapieżnego dramatu Mike'a Leigha. Nasz bohater, powracający po latach do rodzinnego domu, zostaje z niego wyrzucony przez rozwścieczoną żonę. Dotychczas spokojny mężczyzna wpada w furię; awantura przenosi się na ulicę i zostaje zakończona dopiero dzięki interwencji dawnego przyjaciela.

George w Krainie Czarów

Rola George'a – z pozoru prostaka, który w aucie bez przerwy słucha nastrojowej "Mona Lisy" Nata Kinga Colea – wydawała się stworzona dla nieodżałowanego Boba Hoskinsa. Zmarły w 2014 roku aktor bywa na ekranie na przemian szorstki i uczynny, zrezygnowany i rozmarzony. Jednocześnie przez cały czas nosi w sobie rodzaj dyskretnego, nieco zawstydzonego sobą ciepła, które tak często dodaje klasy facetom po przejściach. Nic dziwnego, że właśnie za "Mona Lisę" Hoskins otrzymał jedyną w swojej karierze nominację do Oscara (ostatecznie przegrał walkę o statuetkę z Paulem Newmanem docenionym za "Kolor pieniędzy").

Choć akcja opowieści toczy się głównie wśród obskurnych peep showów, sex shopów i burdeli, reżyserowi udało się unieważnić brutalność świata przedstawionego i nasycić go zaskakującą łagodnością.
Piotr Czerkawski
Choć Jordan oszczędnie dawkuje informacje o głównej postaci, z rozmowy George'a z kumplem dowiadujemy się, że nasz bohater wyszedł właśnie z więzienia. Reżyser zwięźle i dowcipnie obrazuje wyobcowanie doskwierające George'owi po siedmioletniej odsiadce. W scenie, gdy po raz pierwszy dostaje do obsługi pager, wydaje się równie bezradny, co Daniel Blake próbujący skorzystać z komputera.

Na wieść o powrocie druha dawni towarzysze załatwiają mu dość szczególną robotę. George ma być kierowcą i ochroniarzem Simone – luksusowej call girl (świetna Cathy Tyson, która otrzymała rolę po tym, gdy producentom nie udało się zakontraktować Grace Jones). Gdy naszym oczom ukazuje się zjawiskowo piękna dziewczyna, którą sam bohater przezywa "wysoką i szczupłą czarną cizią", reżyser dokonuje kolejnej gatunkowej wolty. Zderzenie plebejusza i dystyngowanej damy stanowi idealny materiał na komedię charakterów o niedobranej parze skazanej przez los na wspólne towarzystwo. Jordan początkowo rzeczywiście podąża tym tropem i z nieokrzesania oraz prostolinijności George'a czyni źródło pierwszorzędnego humoru. Jego charakter najlepiej wyraża scena, w której mężczyzna czeka na Simone w restauracji luksusowego hotelu. Na pytanie kelnera "Earl Grey czy Lapsang Souchong?" George odpowiada: "Nie, nie, poproszę herbatę".

"Mona Lisa" to jednak znacznie więcej niż zbiór gagów wyśmiewających nieporadne kroki parweniusza na salonach. Jordan bardzo szybko przekonuje, że niedopasowanie bohatera do otaczającej rzeczywistości ma głębsze podłoże egzystencjalne. Pierwszy sygnał w tej kwestii otrzymujemy już we wspomnianej scenie kłótni George'a z żoną. Gdy partnerzy wychodzą na ulicę, sąsiedzi otaczają ich i obserwują awanturę, jak gdyby oglądali przedstawienie teatralne. Właśnie reakcja otoczenia, akcentująca sztuczność całej sytuacji, irytuje George'a dużo bardziej niż pretensje jego małżonki.

Poczucie obcości nie opuszcza bohatera także, gdy ten decyduje się podjąć współpracę z gangsterami. W jednej z najciekawszych i najbardziej enigmatycznych scen w filmie George zabiera na spotkanie z szefem kupionego w sklepie zoologicznym białego królika. Obecność zwierzęcia z pewnością nadaje ożywczy posmak absurdu – powielanej do znudzenia w gangsterskich filmach – scenie, w której dwóch facetów omawia przestępcze interesy. Jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu o coś więcej. Choć w pierwszej chwili może brzmieć to kuriozalnie, przychylam się do zdania brytyjskich krytyków dostrzegających w tej sekwencji nawiązanie do "Alicji w Krainie Czarów". W słynnej powieści Lewisa Carrolla biały królik był znakiem innego świata, który pozostawał dla głównej bohaterki obcy, nieprzenikniony i tajemniczy. Czymś takim dla George'a okazuje się również wyuzdane uniwersum nocnego Londynu, z jakim zaznajamia go Simone.


Wizja irlandzkiego reżysera to do samego końca "Taksówkarz" w wersji light, obdarzony brytyjską flegmą i stroniący od apokaliptycznych lęków.
Piotr Czerkawski
Element blefu i niedopowiedzenia pojawia się w relacjach między protagonistami już od ich pierwszego spotkania. Znajdująca się w niebezpieczeństwie Simone prosi wówczas zdezorientowanego George'a, by wyprowadził ją z hotelu, udając zazdrosnego męża. Mimo że początkowo bohaterowie wydają się postaciami z dwóch różnych światów, nie potrzeba wiele czasu, by naiwny mężczyzna zamarzył o związaniu się z nową znajomą nie tylko na niby. Wątek stopniowego zakochiwania się George'a w Simone nadaje "Mona Lisie" wymiar współczesnej baśni o prowincjuszu, który niespodziewanie postanawia zawalczyć o rękę księżniczki. Oprócz tego, film dotyka jeszcze jednej, chyba znacznie bardziej interesującej kwestii. Wpatrzony w piękną kobietę bohater coraz bardziej dostosowuje się do stawianych na każdym kroku wymagań. Kluczowe pytanie stawiane przez Jordana brzmi: czy Georgeowi uda się zachować w tych okolicznościach własną tożsamość?

Wpływ Simone na jej szofera manifestuje się nawet na poziomie szczegółu. Po wspólnych zakupach mężczyzna chowa do szafy obciachowe hawajskie koszule i zaczyna przychodzić do pracy w garniturze. W następstwie relacji z urodziwą znajomą George coraz mocniej wnika również w przestępczy półświatek. Trzeba przy okazji przyznać Jordanowi, że ekranowy obraz londyńskich czerwonych dzielnic okazuje się daleki od stereotypu. Zamiast napawać się atmosferą moralnego zepsucia, reżyser woli dostrzec w świecie obskurnych night clubów i hoteli na godziny przestrzeń, w której ludzie rozpaczliwie próbują poradzić sobie z przygniatającą samotnością i brakiem bliskości. Kwintesencję takiego podejścia stanowi sekwencja przedstawiająca George'a przemierzającego czerwoną dzielnicę w rytm – będącej dziś wizytówką filmu – ballady Genesis "In Too Deep".

"Taksówkarz" z brytyjską flegmą

 
Oczywiście Jordan nie zamierza przy tym ignorować obecnej w świecie "Mona Lisy" podłości. Świadomość wszechobecności zła ma także Simone, która w ekskluzywnych pokojach hotelowych bywa zmuszana do spełniania najbardziej bezwstydnych fantazji swoich klientów. Jak dowiadujemy się w miarę rozwoju fabuły, jeszcze nie tak dawno, zamiast w hotelu Ritz, przyjmowała ich zresztą na ulicy. Wówczas zrodziła się skomplikowana przyjaźń Simone z dużo młodszą, uzależnioną od narkotyków Cathy. Wysiłki Simone, by – z pomocą George'a – odszukać dawną znajomą, składają się na kolejny istotny wątek filmu. Sekwencje, w których bohater zanurza się w miejską dżunglę, by odnaleźć i uratować nieletnią prostytutkę, budzą wyraźne skojarzenia z arcydziełem Martina Scorsesego. Przez "Mona Lisę" przebija – wyczuwalne także w starszym równo o dekadę "Taksówkarzu" –  rozgoryczenie hipokryzją elit i powszechnym przyzwoleniem na nieprawość. Tożsamy wydaje się również towarzyszący obu dziełom kontekst społeczny. O ile Scorsese realizował swoje dzieło w Stanach Zjednoczonych wyniszczonych wojną w Wietnamie i aferą Watergate, o tyle Neil Jordan stworzył "Mona Lisę" w okresie wzrostu napięć i nierówności społecznych doby thatcheryzmu. 

A jednak wizja irlandzkiego reżysera to do samego końca "Taksówkarz" w wersji light, obdarzony brytyjską flegmą i stroniący od apokaliptycznych lęków. Dzieje się tak pewnie dlatego, że George nie jest wyrzutkiem w typie Travisa Bickle'a i ma do stracenia zbyt dużo, by postawić wszystko na jedną kartę. Świadomy tego Jordan umieszcza w filmie – wynikającą logicznie z przebiegu fabuły – scenę krwawej jatki, ale nie czyni z niej puenty opowieści. Następujący epilog daje bohaterowi, rzadką w przypadku filmów noir, szansę na autorefleksję, przewartościowanie swojego życia i naprawienie błędów z przeszłości. Utrzymany na granicy sentymentalizmu, a przecież ostatecznie piękny finał, wydaje się wiarygodny wyłącznie z jednego powodu. Reżyser okazał się w przedstawionym świecie jedynie gościem, nieświadomym jego reguł wewnętrznych. Neil Jordan z "Mona Lisy" to romantyk, który przypadkowo zbłądził na teren kina gangsterskiego i oswoił tę rzeczywistość za sprawą wewnętrznej czystości.
6