Bartosz Czartoryski

Rozmawiamy z Paulem Ruddem, gwiazdą "Ant-Mana i Osy"

Wywiad
/fwm/article/Rozmawiamy+z+Paulem+Ruddem%2C+gwiazd%C4%85+%22Ant-Mana+i+Osy%22-129336 Getty Images © Joe Raedle
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Nie%C5%9Bwi%C4%99te+rodziny-127714

Nieświęte rodziny

HOTSPOTPodziel się

Polscy twórcy zdają się przede wszystkim przekonywać, że nie istnieje jeden obowiązujący model budowania relacji międzyludzkich.

Polscy twórcy zdają się przede wszystkim przekonywać, że nie istnieje jeden obowiązujący model budowania relacji międzyludzkich. W dojrzałych wizjach filmowców szacunek do instytucji rodziny harmonijnie łączy się z głoszeniem potrzeby jej głębokiego zreformowania.

***

Etgar Keret – wybitny izraelski pisarz – twierdzi, że dobra sztuka zasadza się na dwóch fundamentach: paradoksie i ambiwalencji. Podejście to zdają się podzielać polscy reżyserzy, którzy w ostatnich miesiącach upodobali sobie opowiadanie o rodzinie. Twórcy i twórczynie filmów takich jak "Wieża. Jasny dzień", "Dzikie róże" czy "Cicha noc" z lubością piętnują charakteryzujące "podstawową komórkę społeczną" patologie, nadużycia i absurdy. Jednocześnie jednak potrafią wyzbyć się radykalizmu, który pozwoliłby sklasyfikować ich jako nieprzejednanych burzycieli starego porządku. W dojrzałych wizjach filmowców szacunek do instytucji rodziny harmonijnie łączy się z głoszeniem potrzeby jej głębokiego zreformowania.

Polscy twórcy zdają się przede wszystkim przekonywać, że nie istnieje jeden obowiązujący model budowania relacji międzyludzkich, a – parafrazując słynną myśl Tołstoja – "każda szczęśliwa rodzina może być szczęśliwa na swój sposób". Stąd bierze się, deklarowany w coraz większej liczbie filmów, dystans wobec roli religijnych nakazów w kształtowaniu życia bohaterów. Co warte podkreślenia, zjawisko to nie ma nic wspólnego z pogardą wobec duchowości. Na celowniku rodzimych twórców znajdują się wyłącznie wyzbyte jej puste, skomercjalizowane do cna rytuały.

Gorzki smak sacrum

Swój sakralny wymiar systematycznie tracą także Święta, stanowiące od lat ulubioną okazję do rodzinnych spotkań Polaków. Zderzenie sacrum i profanum szczególnie daje się we znaki podczas wieczoru wigilijnego, o którego sportretowaniu na ekranie przez wiele lat marzył ponoć Andrzej Wajda. Niezrealizowanego ostatecznie przez mistrza zadania podjął się debiutant Piotr Domalewski w świetnej "Cichej nocy". W nagrodzonym Złotymi Lwami filmie reżyser nie ma złudzeń, że jego bohaterowie przeżywają Wigilię na sposób metafizyczny. O tym, że jest zupełnie inaczej, przekonuje zwłaszcza tragikomiczna scena przytaczania przy stole fragmentu Biblii. Odczytywanie ustępu z Ewangelii według Świętego Łukasza przerywa nagle okrzyk "Amen!" wydany przez  mocno nietrzeźwego dziadka. Choć zachowanie seniora rodu wydaje się zwykłą pijacką szarżą, w rzeczywistości stanowi przewrotny akt odwagi. Dziadek jako jedyny mówi na głos to, co wszyscy inni jedynie pomyśleli: "Religijna otoczka Wigilii to fasada, która nie ma dla mnie specjalnego znaczenia". Ironia, z jaką Domalewski portretuje grudniowe święto nigdy nie jest jednak zjadliwa, a w miarę upływu czasu staje się wręcz dobroduszna. W końcu to właśnie w kościele, podczas pasterki, niemal cała rodzina jednoczy się po wcześniejszej, brzemiennej w skutkach kłótni. Nie chodzi naturalnie o to, że bohaterowie doznali nagle jakiegoś mistycznego objawienia. Zamiast tego wyszli z założenia, że – zgodnie z wymowną deklaracją złożoną przez najmłodszą członkinię rodziny – "lepiej być ze wszystkimi". Domalewski pozytywnie wartościuje zatem mszę na tej samej zasadzie, na jakiej przychylnie odnosił się wcześniej do rytualnego oglądania "Kevina samego w domu". Dla młodego reżysera godne podkreślenia okazują się wszystkie okoliczności, w których podzielona i naznaczona wzajemnymi pretensjami rodzina odczuwa choćby chwilowe poczucie wspólnoty.

Pierwsza Komunia Święta prawie zawsze zostaje przedstawiona na ekranie jako festiwal hipokryzji i złego smaku.
Piotr Czerkawski
Jak widać, obraz Wigilii w "Cichej nocy" pozostaje jeszcze stosunkowo łagodny. Znacznie mniej wyrozumiali okazują się reżyserzy, którzy w swoich filmach opisują uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. Ważny katolicki obrzęd prawie zawsze zostaje przedstawiony na ekranie jako festiwal hipokryzji i złego smaku, a także pretekst do realizacji nieśmiertelnej zasady "zastaw się a postaw się". 

Sięgające do tych wątków "Dzikie róże" i "Wieża. Jasny dzień" – choć pod wieloma względami od siebie różne – zawierają bliźniaczą scenę. W obu przypadkach jesteśmy świadkami rozmowy, podczas której przygotowująca się do uroczystości dziewczynka zadaje podchwytliwe pytanie: "Mamo, po co właściwie jest Komunia Święta?". Jak łatwo się domyślić, znalezienie sensownej odpowiedzi okazuje się ponad siły bohaterek. Oglądając "Wieżę", można odnieść wrażenie, że  zadanie to nastręczyłoby problemów samemu księdzu proboszczowi. Jakby na potwierdzenie tych słów, Jagoda Szelc serwuje nam mistrzowską, surrealistyczną scenę, w której – w kulminacyjnym momencie uroczystości – kapłan z niejasnych przyczyn traci cały dotychczasowy rezon. Pewny siebie duchowny najpierw na dłuższą chwilę zawiesza głos, a później zaczyna dukać kościelne formułki tak, jakby przemawiał w jakimś absurdalnym, nieznanym sobie języku.

Kłopoty z komunikacją szybko okazują się w świecie "Wieży" uniwersalnym problemem, który znacząco wykracza poza mury kościoła. Członkowie rodziny spotykającej się z okazji komunii małej Niny porozumiewają się ze sobą zgodnie z zasadą "dużo słów, niewiele treści". Z błahych, wypełnionych przez drobne złośliwostki i nisko latające dowcipy, rozmów wyłania się obraz ludzi płytkich i nieodczuwających ze sobą żadnej więzi. Nie może jednak być inaczej, jeśli bohaterowie Szelc to oportuniści, duchowi krewni obywatela Piszczyka z – mistrzowsko przywołanego w jednej ze scen – "Zezowatego szczęścia" Munka. W swym gorzko ironicznym filmie reżyserzyca (artystka domaga się, by określać ją właśnie w ten sposób) pokazuje, że rodzinny dom przypomina tytułową "wieżę" – więzienie służące odgrodzeniu się od świata zewnętrznego. Właśnie dlatego żadnego wrażenia nie robią na bohaterach docierające z telewizji komunikaty o kryzysie migracyjnym i skutkach globalnego ocieplenia. W naznaczonym przez egoizm świecie nie może być również, mowy o duchowości – rozumianej nie tylko na sposób katolicki, ale także jakikolwiek inny. Gdy bohaterowie słyszą od sąsiadki, że górski wiatr zapowiada obecność upiorów, potrafią zareagować wyłącznie ironicznymi uśmieszkami.
Miłość pomimo wszystko

Z bardzo przewrotnym podejściem do sacrum mamy do czynienia także w "Komunii" Anny Zameckiej. W uhonorowanym Europejską Nagrodą Filmową dokumencie początkowo nikt nie zwraca uwagi na metafizyczny aspekt tytułowej uroczystości. Nastoletnia Ola, na której barkach ciąży zadanie przygotowania do egzaminu cierpiącego na autyzm brata, ma na głowie ważniejsze rzeczy. Zapracowana ponad swoje siły dziewczyna traktuje doprowadzenie do komunii Nikodema jako świadectwo jego "normalności" i dowód na to, że bohater może funkcjonować w ramach społeczeństwa. Podejmowane przez Olę wysiłki wydają się wzruszające tym bardziej, że jest ona zdana sama na siebie. Dziewczyna nie może liczyć na pomoc zarówno niezaradnego ojca, jak i matki, która opuściła rodzinę wiele lat temu i utrzymuje z jej członkami wyłącznie sporadyczny kontakt.

"Komunia"

W zaangażowanym społecznie filmie reżyserka nie kryje oburzenia na to, że na sytuację Oli głuchy pozostaje Kościół, do którego zadań należy przecież między innymi wspieranie potrzebujących. Tymczasem przygotowujący dzieci do komunii ksiądz nie tylko nie wita Nikodema z otwartymi ramionami, lecz piętrzy przed nim kolejne przeszkody. Równie mało pomocna okazuje się opieka społeczna, której pracownicy nie mają pomysłu na to, jak uczynić życie bohaterów choć trochę znośniejszym. Z gorzkiego dokumentu Zameckiej wynika zatem, że chętnie deklarowany w Polsce szacunek do instytucji rodziny bywa często sloganem bez pokrycia.

Pomimo wszystko, "Komunia" nie jest filmem na wskroś pesymistycznym. Reżyserka pokazuje, że choć tytułowa rodzina pozostaje daleka od ideału, jej członkowie bardzo się kochają. Doskonale widać to w scenie zorganizowanego przez Olę – i dużo bogatszego w sacrum niż sama uroczystość – przyjęcia pokomunijnego. Namaszczenie, z jakim dziewczyna serwuje skromny poczęstunek i wypatruje każdej oznaki bliskości między ojcem a matką, można porównać tylko z emocjami towarzyszącymi uczestnikom wystawnych uczt z filmów Abdellatifa Kechiche'a.

Upadek Matki Polki

Ważny element "Komunii" stanowi – charakterystyczna dla wielu polskich filmów próbujących przedefiniować pojęcie "rodziny" – krytyka systemu patriarchalnego i tradycyjnego pojmowania pozycji kobiet w społeczeństwie. Nie chodzi tylko o to, że Zamecka ośmiela się pokazać na ekranie sytuację, w której czternastolatka okazuje się znacznie lepiej przystosowana do życia niż jej ojciec. O wiele ważniejszy wydaje się sposób, w jaki reżyserka przedstawia matkę Oli i Nikodema. W "Komunii" z tematu kobiet zdolnych do porzucenia rodziny zdjęte zostaje odium tabu. Reżyserka nie próbuje przy tym rozgrzeszać bohaterki. Pokazuje tylko, że w kraju przesiąkniętym kultem maryjnym i mitem Matki Polki nie każda kobieta ma obowiązek wytrzymać wynikającą z tego tytułu presję.


"Dzikie róże"

Z podobnego założenia wychodzi także Anna Jadowska w "Dzikich różach". W toku fabuły grana przez Martę Nieradkiewicz Ewa podejmuje szereg lekkomyślnych decyzji, na czele z uwikłaniem się w pozamałżeński romans z nastolatkiem. Wszystkie te wątpliwe wybory nie są oznaką perfidii, lecz co najwyżej samotności i zagubienia. Jednocześnie Jadowska okazuje się zbyt inteligentną twórczynią, by redukować swój film do opowieści o wyzwolonej dziewczynie tłamszonej przez męski świat. Reżyserka zwraca uwagę na ciekawszą prawidłowość, zgodnie z którą patriarchalne kody są wpisane w społeczeństwo tak mocno, że ich wpływowi ulegają nawet niektóre kobiety. Jedną z nich okazuje się chociażby matka Ewy, która – zamiast zachęcać córkę do życia w zgodzie z pragnieniami – namawia ją do wierności konwenansom.

"Wieża. Jasny dzień"
Przykład kobiety, która w masochistycznym odruchu akceptuje narzucone odgórnie stereotypy stanowi Mula – matka z "Wieży. Jasnego dnia". Bohaterka bez szemrania godzi się na rolę stereotypowej "kury domowej" wyręczającej mężczyzn w niemal wszystkich obowiązkach. Chwilami można odnieść wrażenie, że wręcz dyryguje krewnymi traktowanymi jak leniwa i niespecjalnie uzdolniona orkiestra. Gdy do biesiadników dołącza niespodziewanie dawno niewidziana przez Mulę siostra, bohaterka nie pozwala sobie na chwilę czułości, lecz deklaruje oschle "Kaju, najpierw omówmy zasady". Szelc nie ukrywa, że spogląda na te działania z sarkazmem. Już w jednej z pierwszych scen filmu przekonuje, że "matkująca" całemu światu Mula nie jest nawet biologiczną matką swojej córki.

Trickster potrzebny od zaraz

W niemal wszystkich wspomnianych filmach niezgoda na rzeczywistość prowokuje marzenie o przełomie, nowym otwarciu zdolnym uzdrowić nie tylko relacje między bohaterami, lecz także cały świat. Szelc w "Wieży" odważyła się zdefiniować to pragnienie wprost i wypowiedzieć na głos zaklęcie: "Potrzebujemy trickstera". Tajemniczo brzmiące słowo określa mitologiczną postać opisaną w książce, którą dostaje w prezencie Nina. Trickster przeciwstawia się normom, działa wbrew ustalonemu porządkowi i unicestwia świat tylko po to, by za chwilę odrodzić go na nowo. W świecie "Wieży" właśnie taką rolę pełni Kaja. Działania dziewczyny, traktowanej przez domowników z wrogością, małomównej i wycofanej, początkowo wzbudzają strach. Ostatecznie jednak przynoszą ulgę. Gdy w finałowej scenie bohaterowie, niczym zahipnotyzowani, kroczą po leśnej polanie, nie mamy wątpliwości, że po raz pierwszy od dawna odczuwają autentyczne poczucie wspólnoty. Czy podobna interwencja trickstera nie przydałaby się także we wszystkich naszych rodzinach?
6