PRZED PREMIERĄ: Graliśmy w "The Evil Within"

Filmweb autor: /
https://www.filmweb.pl/news/PRZED+PREMIER%C4%84%3A+Grali%C5%9Bmy+w+%22The+Evil+Within%22-105189
Legenda serii "Resident Evil", Shinji Mikami, powraca. Mieliśmy okazję pograć nieco w "The Evil Within", nadchodzący w 2014 roku survival horror w mocnych, odjechanych klimatach.


O samej fabule "The Evil Within" wiadomo niewiele. Dwie misje, które rozgrywaliśmy, były zresztą oddalone od siebie w czasie i przestrzeni. Pierwsza z nich osadzona jest w początkowym stadium gry. To zresztą kiepski wybór z uwagi na drugi fragment, gdyż łażenie w nocy w okolicy jakichś zabudowań pełnych potworów nie było szczególnie porywające.

Sebastian, którym graliśmy, teoretycznie mógł przekradać się pomiędzy dziwnymi kreaturami, ale o wiele łatwiej było chwycić za dwururkę i wygarnąć raz czy drugi do jakiegoś niemilucha. Z założenia "The Evil Within" to survival horror, to znaczy, że nasz bohater powinien cierpieć na niedobór amunicji, zdrowia i doświadczać w bród strasznych sytuacji. Pierwszy fragment gry wywrócił ten styl do góry nogami. Co prawda pod koniec musieliśmy zwiewać, ile sił w nogach przed obrzydliwą kreaturą a la Sadako z "Ringu", ale wcześniej można było śmiało poczynać za pomocą różnorodnych form perswazji ostatecznej.


Trochę problematyczne jest umieszczanie w grze, która ma straszyć, tak silnych broni. Czy to za pomocą pistoletu, dwururki czy wyjątkowo przegiętej kuszy – Sebastian żął wrogów jak świeże zboże. Chyba nie do końca o to chodzi w przetrwaniu...

Na szczęście te średnio porywające doświadczenia zostały niemal całkowicie zatarte przez drugi epizod, który rozgrywał się w nawiedzonym domu. Klimat starych "Residentów" czuć w nim było na kilometr. Co prawda nasze zadanie sprowadzało się do rozwiązania trzech, porozrzucanych po domu zagadek, ale samo przemierzanie nawiedzonych korytarzy i sypialni pokręconego domostwa robiło swoje. Dodajmy do tego wyjątkowo obrzydliwe elementy logiczne w postaci wbijania elektrod w mózgi i mamy gotowy przepis na porządne gore.


Atmosferę dodatkowo podkręcał losowo pojawiający się w domu duch głównego złego – pomysł tak prosty, a jednocześnie tak genialny. Szyku zadaje też doskonale zrobiona scenografia: ponure domostwo, pełne upiornych pokoi i tajemniczych laboratoriów, w których wykonywano eksperymenty na ludziach...

Ale brutalność "The Evil Within" może być podstawowym zarzutem wobec gry, gdy ta się już ukaże. W ciągu dwóch godzin grania scen wywołujących strach było niewiele. Bardzo dużo natomiast jest w grze treści. O ile wielbiciele porządnego splatterpunka będą zadowoleni, o tyle ciężko, by "The Evil Within" zainteresowali się amatorzy subtelniejszej formy horroru. 

  

Nie pomaga w tym sam bohater, który sprawia wrażenie, jakby kompletnie nie ruszało go to, że właśnie majstruje w czyimś mózgu albo ucieka przed groteskowym wielorękim potworem. Sebastian twardo przyjmuje na klatę wszelkie strachy i tym samym sprawia, że gracz przestaje myśleć o grze, jak o potencjalnej dawce strachu. Przerażenie zamienia się szybko w chęć zabijania.

Jest jeszcze jedna rzecz, która wygląda na dość kontrowersyjną – to technikalia. O ile gra nie wygląda źle od strony wizualnej, o tyle rozwiązania w kwestiach związanych z rozgrywką są już nieco dziwne. Anachronizmy w postaci wypadających nabojów do dwururki najpierw bawią, a chwilę później, wraz ze specyficznie otwieranymi drzwiami czy specyficznym sterowaniem, każą się zastanawiać, czy "The Evil Within" nie pojawia się o dwie generacje za późno.

Trudno wyrokować na temat gry, gdy widziało się tylko dwa fragmenty. Niemniej już teraz sygnały są dość wyraźne. Lubicie stare "Residenty"? Anachroniczne podejście do walki? Krew, płyn mózgowo-rdzeniowy i ślizganie się we flakach? "The Evil Within" będzie dla Was.