Recenzja filmu Nadmiar łaski (2018)
Gianni Zanasi

Łaski mi nie robisz

Reżyser stoi w rozkroku między komedią a dramatem społecznym. Nie mogąc się zdecydować, w jakim kierunku powinien rozwijać swoje dzieło, nie podąża w żadnym. Słowne (a czasem także fizyczne) ...
Filmweb sp. z o.o.
Cienka jest linia oddzielająca wiarę od szaleństwa. Z jednej strony ufundowana na micie niewidzialnej, wszechmocnej istoty religia stwarza okazję do interpretowania schizofrenicznych objawów jako błogosławieństwa. Z drugiej – coraz bardziej zlaicyzowane społeczeństwo (rzekomo) odwraca się od wartości takich jak prawda czy miłość, na które monopol uzurpuje sobie Kościół katolicki. Ten dualizm staje się podstawą "Nadmiaru łaski". Reżyser Gianni Zanasi próbuje wykorzystać komediowy potencjał objawień maryjnych, jednocześnie osadzając fabułę w kontekście kryzysu migracyjnego. Niestety mimo że Madonna (o surowym obliczu izraelskiej aktorki Hadas Yaron) daje się poznać jako osoba krewka i nieznosząca sprzeciwu, a jej pojawienie się jest doskonałym pretekstem do wzięcia pod lupę włoskiej religijności, to z tego połączenia nie wychodzi nic dobrego. 


Film nie zapada w pamięć ani dzięki obrazoburczym żartom (jak "Dogma" Kevina Smitha), ani dzięki analizie fenomenu kultu maryjnego (jak "Lourdes" Jessiki Hausner). Tym razem Najświętsza Panienka źle trafiła. Wybrana przez nią geodetka Lucia (Alba Rohrwacher) ma bowiem niewiele wspólnego z pastuszkami z Fatimy. Kobieta nie tylko nie rozpatruje doznanego objawienia w kategoriach łaski, lecz uznaje je za początek obłędu. Kiedy przepisane przez psychiatrę leki nie przynoszą oczekiwanego rezultatu, Lucia nie ma innego wyboru, jak tylko przyzwyczaić się do wizyt niezwykłego gościa. Konsekwentnie odmawia głoszenia jakiejkolwiek nowiny i zasłaniając się przepisami prawa budowlanego, oświadcza, że nie będzie przekonywać swoich zleceniodawców do porzucenia planów wzniesienia nowoczesnego kompleksu mieszkalnego na rzecz kolejnego kościoła. Niestety, szybko przekonuje się, że asertywność w relacjach z istotami boskimi (lub podającymi się za nie halucynacjami) nie popłaca. 

Bo im mocniej Lucia opiera się jej woli, tym bardziej napastliwa staje się Madonna. Znamienne, że kiedy spotykają się po raz pierwszy, bohaterka bierze ją za uchodźczynię. Wzruszona położeniem młodej, jak przypuszcza bezdomnej kobiety, chciałaby pomóc, nie czuje jednak, że mogłaby realnie wpłynąć na jej los. Zgoła inne podejście reprezentuje jej były chłopak Arturo (Elio Germano). Pracujący jako elektryk mężczyzna jest coraz bardziej sfrustrowany obecnością imigrantów, którzy nie dość, że zabierają mu pracę, to jeszcze izolują się, tworząc mówiące we własnym języku diaspory. Tym samym Najświętsza Panienka, dążąca do storpedowania (kolejnego) przedsięwzięcia, przy którym znalazł zatrudnienie, szybko zaczyna funkcjonować w jego świadomości jako burzycielka zastanego porządku, kolejna obca gotowa zająć przynależne mu miejsce.


Reżyser stoi więc w rozkroku między komedią a dramatem społecznym. Nie mogąc się zdecydować, w jakim kierunku powinien rozwijać swoje dzieło, nie podąża w żadnym. Słowne (a czasem także fizyczne) przepychanki między Najświętszą Panienką a Lucią wywołują wprawdzie uśmiech, ale to niestety za mało, aby uznać "Nadmiar łaski" za udaną komedię. Z kolei wątki dotyczące sytuacji społecznej zostały potraktowane zbyt pobieżnie, aby zmobilizować widza do refleksji nad kryzysem migracyjnym, są właściwie tylko tłem dla historii głównej bohaterki. Film miał potencjał, by stać się wnikliwym studium miejsca religii we współczesnej Europie, niestety asekuranckie podejście Gianniego Zanasiego, który najwyraźniej nie chciał podpaść ani Kościołowi katolickiemu, ani politykom, doprowadziło do powstania dzieła kompletnie pozbawionego charakteru. Szkoda, bo może wówczas znajdujące się w obsadzie gwiazdy włoskiego kina miałyby szansę w pełni rozbłysnąć. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Ewelina Leszczyńska
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni