Recenzja filmu Bez obaw, daleko nie zajdzie (2018)
Gus Van Sant

Regulaminowe hollywoodzkie "trzy akty" sprytnie przepisano na program dwunastu odwykowych kroków, ale schemat pozostaje schematem. Przed wrażeniem rutynowego odhaczania kolejnych podpunktów ...
Filmweb sp. z o.o.
Pustynny krajobraz, trzech kowbojów na koniach zauważa pozostawiony pośrodku odludzia wózek inwalidzki. Podpis pod ilustracją: "Nie martwcie się, pieszo daleko nie ucieknie". To jeden z komiksowych żartów Johna Callahana, rysownika znanego z – jak głosi Wikipedia – "poruszania wątków makabry i kalectwa" oraz z notorycznej niepoprawności politycznej. Zatytułowany powyższym cytatem i opowiadający o Callahanie film Gusa Van Santa owych kontrowersji nie ukrywa. Widzimy, jak grany przez Joaquina Phoenixa Callahan chętnie pokazuje rysunki ludziom, zaczepia na ulicy obcych, bada reakcje – od salw śmiechu po steki wyzwisk pod swoim adresem. Ale choć nieżyjący dziś artysta lubił stawiać sprawę na ostrzu noża, nie bacząc na to, że ktoś może poczuć się obrażony, poświęcony mu film raczej nikomu nie ubliży. Mimo eterycznej, Vansantowskiej aury to dość klasyczne kino biograficzne.

"Don’t Worry, He Won’t Get Far on Foot"
sytuuje się w filmografii reżysera gdzieś pomiędzy "Paranoid Park" a "Obywatelem Milkiem". Podobnie jak w "Paranoid…" Van Sant zbliża się tu miejscami do literatury strumienia świadomości: opowiada historię niechronologicznie, miesza płaszczyzny czasowe i splata w jedną kilka ram narracyjnych. Sam bohater kilkakrotnie relacjonuje w filmie swoje losy – a to podczas spotkania AA, a to na konferencyjnym panelu – reżyser zaś łączy te sceny, chwytając się powtarzanej przez niego za każdym razem anegdotki. Funkcję narracyjnego kleju pełnią też ilustracje Callahana, który często komponował swoje absurdalne gagi w oparciu o osobiste doświadczenia. Van Sant bierze to za dobrą monetę i zdaje się na montaż asocjacyjny: dany fragment biografii dowolnie przechodzi w scenę kreślenia rysunku, a ten z kolei ożywa w formie animowanej miniaturki. Wszystko oczywiście ma charakterystyczny dla reżysera wizualny oddech, zaklęte w kadrach "babie lato", trudną do nazwania poezję światła.

Zerwijcie jednak marzycielską pajęczynę, a znajdziecie w "Don’t Worry..." całkiem hollywoodzki schemat życiorysu artysty: od psychoanalitycznej fiksacji na postaci matki (Callahan został porzucony i adoptowany), przez wyboje nałogów i tragedii, po spełnienie w miłości, sztuce i generalnie w życiu. Dla walczącego z poczuciem odrzucenia i topiącego smutki w alkoholu bohatera bodźcem do wyjścia na prostą staje się wypadek samochodowy, w wyniku którego został sparaliżowany – nie na tyle jednak, by nie mógł chwycić flamastra i narysować jakiejś absurdalnej scenki. Postać Callahana – alkoholika, prowokatora, niepełnosprawnego; zarazem kontrowersyjnego artysty, jak i udręczonego wrażliwca – daje zatem pełne spektrum możliwości dla aktora-ciężarowca pokroju Joaquina Phoenixa. Tu właśnie wkracza powinowactwo z "Milkiem": "Don’t Worry…" to podobny film-pretekst do popisowego pierwszoplanowego występu. Oczywiście, Van Sant jest zbyt niepokorną duszą, by pójść w czysty oscarowy blichtr. Na ścieżce dźwiękowej Danny Elfman przeplata więc łzawe frazy pianinowego akompaniamentu wejściami jazzowego bandu à la późny Coltrane. Na drugim planie brylują zaś ikony muzycznej sceny indie: Kim Gordon, Carrie Brownstein i Beth Ditto. Wciąż jednak bliżej stąd do gali w Dolby Theatre niż do "Słonia" czy "Gerry’ego"

I nawet jeśli blichtru faktycznie brak, to czuć czasem szablon. Regulaminowe hollywoodzkie "trzy akty" sprytnie przepisano na program dwunastu odwykowych kroków, ale schemat pozostaje schematem. Przed wrażeniem rutynowego odhaczania kolejnych podpunktów ratuje film tylko montażowa inwencja Van Santa – oraz sama postać głównego bohatera. Phoenix gra tu coś pomiędzy abnegactwem "Doca" Sportello z "Wady ukrytej" a słodką nieporadnością Theodore'a z "Her" i – po swojemu – wchodzi w postać "na całego", gotów zarówno na chwile ciężkiej żenady, jak i słodkiej wzniosłości. Równie barwny jest Jonah Hill jako jego sponsor Donnie: hipisowsko-gejowsko-ekscentryczny; niby arogancki, ale i pełen empatii. Z obsady najsłabiej wypada (niestety!) Rooney Mara w niedogrzanej roli Annu, skandynawskiej stewardessy, która niczym anioł sfruwa z nieba, by pokochać głównego bohatera. Cóż, więcej ekranowej chemii mają tu nawet Phoenix i Jack Black (!) – ich duet potrafi nie tylko rozbawić, ale i autentycznie wzruszyć. Na każdy moment podobnego wyciskania łez przypada jednak jakiś szalony koncept rodem z ilustracji Callahana. Nieprzypadkowo najbardziej charakterystyczny obrazek z filmu to Phoenix na elektrycznym wózku pędzący ulicą niby jakiś niepełnosprawny pirat chodnikowy.   

Koniec końców "Don’t Worry…" gładko wpisuje się w filmografię Van Santa. To kolejna jego opowieść o wypieraniu własnego potencjału: o człowieku, który zbłądził ze ścieżki talentu, uległ złudnym podszeptom ego i zamknął się przed światem w pełnej demonów głowie. Reżyser "testował" już takiego bohatera w wariantach pesymistycznych (napastnicy ze "Słonia" czy niby-Kurt-Cobain z "Last Days") oraz optymistycznych (Will Hunting z "Buntownika z wyboru" czy duet Jamal-Forrester z "Szukając siebie"). Callahanowi bliżej oczywiście do tych drugich: udaje mu się przezwyciężyć powracający w filmach Van Santa konflikt jednostka-społeczeństwo. Po części dzięki swojej, testującej konwenanse, anarchizującej twórczości, a po części dzięki odwykowej grupie wsparcia, złożonej z rozmaitych wyrzutków i outsiderów, nazywanych pieszczotliwie "świnkami". "Outside of society, that’s where I want to be", śpiewała Patti Smith, wyrażając impuls kierujący również Vansantowskimi bohaterami. W ustach piosenkarki nie brzmiało to jednak nihilistycznie: "outside of society, they’re waiting for me", dodawała przecież. Czy owi "oni", którzy "czekają" na kolejnego outsidera w piosence Smith, nie przypominają aby tej przedziwnej komitywy freaków – kierowanych przez Donny’ego "świnek"? W ich szeregach Callahan doświadczy zarówno akceptacji, jak i wymagań; odkryje i introspekcję i empatię; otrzyma nie tylko swoje prawa, ale i obowiązki. Czyżby społeczeństwo poza społeczeństwem było możliwe? Nie macie kogo spytać, spytajcie artystów. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły