Estetyczną konwencję "Dzikiego" można albo przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, albo momentalnie się od niej odbić. (...) Każda wypowiedź jest dającą do myślenia sentencją, mottem z księgi
Legenda głosi, że zwolnione tempo powstało na długo przed spiętrzeniem Karpat między epokami kredy i trzeciorzędu. Zapisy na zakurzonych zwojach sprzed kilku wieków a także tradycyjne pieśni górali jasno wskazują, że mieszkańcy tych obszarów od zawsze nazywali to zjawisko "slow motion". W ten sposób ludzie rąbią drewno, chmury przemykają po nieboskłonie, tak stado wilków mknie przez las w pogoni za swoją ofiarą. Czy woda, spadając z karpackich kilkudziesięciometrowych kaskad, uderza z ogromnym impetem w kamienne podłoże? Nic bardziej mylnego. To wyjątkowo rozciągnięty w czasie proces. Karpaty są dzięki temu idealnym kierunkiem na urlop. Zgłoście w pracy trzy dni wolnego. Na miejscu będziecie mieć wrażenie, jakbyście spędzili tam dwa tygodnie.
Reżyser, Maciej Kawulski, doskonale to wie i ten zabieg jest w "Dzikim" stylistyczną dominantą. W jego filmie eksplorujemy region współczesnego pogranicza Polski i Słowacji. Jest XVII wiek. Czasy są trudne, a ludzie źli. Jedna wojna pogania drugą, przez Europę przetaczają się kolejne oddziały kawalerzystów. Feudałowie do ostatniej kropli krwi wykorzystują chłopską siłę roboczą. W wyższych partiach gór schronienie znaleźli zbójnicy, żyjący w zgodzie tylko z własnymi zasadami i ignorujący politycznie narzucony hierarchiczny system.
W "Dzikim" kontrapunktem dla walki o władzę jest nasz tytułowy bohater (Tomasz Włosok), duchowy krewny Tarzana czy Mowgliego. Jako kilkuletnie dziecko został pozostawiony i ukryty przez matkę na górskim szlaku, gdy jego rodzina została zaatakowana przez bandytów. Dla chłopca bezwzględna natura była życzliwa – potrafił przetrwać w ekstremalnych warunkach. Nie rozszarpały go wilki, nie zmiażdżyły niedźwiedzie w szczękach. Lasy, doliny i górskie szczyty stały się dla niego naturalnym środowiskiem. Sytuacja jednak radykalnie się zmieni, gdy przez przypadek natknie się na niego poczciwy i dobroduszny Maciej (Leszek Lichota), szlachcic z nadania. Wrodzona wrażliwość nie pozwoli mu zostawić chłopca samego i mężczyzna weźmie go pod swoje wychowanie.
Estetyczną konwencję "Dzikiego" można albo przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, albo momentalnie się od niej odbić. Wyżej wspomniane tempo to tylko jeden element. Korespondować mają z nim krzykliwie liryczne dialogi. Każda wypowiedź jest dającą do myślenia sentencją, mottem z księgi cytatów. Słyszymy, że "każdy ma w sobie wilka, ale nie każdy potrafi go z siebie wydobyć". Kiedy indziej, że chłopak "nie ma nauczyć się żyć jak ludzie, ale wśród ludzi". Niech to będzie odległa analogia, ale "Dziki" może wywoływać podobne zdziwienie jak niesławni "Nędznicy" Toma Hoopera. Tam łapaliśmy się za głowę, gdy nawet najpowszechniejsza rozmowa o pogodzie była wyśpiewywana. W "Dzikim" nieomal każda scena ma mieć transcendentalny charakter; ma być przełomowa, znacząca i poruszająca.
W tym samym duchu utrzymane są aktorskie role. Agata Buzek jako Vesna to niemal unosząca się nad ziemią lokalna znachorka łamane na wieszczka. Mówi szeptem, ale porusza struny serca. Maciej Leszka Lichoty to pewnie postać najbardziej przyziemna i zwyczajna, ale przy tym charyzmatyczna i wodzowska. Tomasz Włosok jako tytułowy Dziki pręży muskuły, staje się coraz silniejszy, ale też cierpi. Jest wyrazisty i tajemniczy. Jednak i tak na wyżyny aktorskiej ekstrawagancji, przesady i ekscesu wznosi się Sebastian Fabijański jako cesarski inkwizytor. Nieznośnie zmanierowany, ekscentryczny na granicy kostiumowej parodii czy prześmiewczego pastiszu. Szczerzący zęby jak rekin z gałkami ocznymi kreskówkowo wyskakującymi z oczodołów. Musicie to zobaczyć.
Nie jest to jednak kino tylko uduchowione i medytacyjne. "Dziki" jest reklamowany jako wprowadzenie do legendy o "Janosiku". Wszyscy go przecież znamy i kochamy. Odpowiedniejsze byłoby jednak marketingowe hasło, że jest to polska odpowiedź na "Zjawę". To zdecydowanie bliższy dla Kawulskiego estetyczny punkt odniesienia. "Dziki" bywa naprawdę brutalny i krwawy. Przy tym, podobnie jak film Iñárritu, ma medytacyjne i uduchowione zacięcie. Wycieńczające tortury, odcinanie rąk, bestialskie egzekucje, toporki w potylicy. Wszystkiego dostajemy pod dostatkiem i to bez montażowego pudrowania. Złe czasy i źli ludzie. Nad filmem unosi się też ciągle aktualna historiozoficzna przestroga o bijących się między sobą mocarstwach i wplątywanych w wielką politykę maluczkich. Ci wojny nie chcą, to wojna chce ich.