Recenzja filmu Zakon Świętej Agaty (2018)
Darren Lynn Bousman

Bad habit

Dreszczowiec Darrena Lynna Bousmana  przypomina monstrum Frankensteina pozszywane ze strzępów takich produkcji jak "Dziecko Rosemary", "Suspiria", "Opowieść podręcznej", "Uciekaj!", "Siostry ...
Filmweb sp. z o.o.
Kinomani mogą potraktować seans "Zakonu świętej Agaty" jako rodzaj wyzwania. Zadanie jest proste: znajdźcie jak najwięcej elementów, które zostały skopiowane z innych filmów. Zapożyczeń szukajcie nie tylko w warstwie fabularnej, ale również w muzyce, rozwiązaniach scenograficznych, pracy kamery, a nawet efektach dźwiękowych. Dreszczowiec Darrena Lynna Bousmana  przypomina monstrum Frankensteina pozszywane ze strzępów takich produkcji jak "Dziecko Rosemary", "Suspiria", "Opowieść podręcznej", "Uciekaj!", "Siostry Magdalenki" oraz "Misery". Szkoda jednak, że pomimo długiej listy zacnych źródeł inspiracji reżyserowi nie udało się wznieść utworu ponad poziom B-klasowego kina grozy spod znaku nunsploitation.


Akcja filmu rozgrywa się w latach 50. w USA. O tym, że nie są to dobre czasy dla ciężarnych, niezamężnych i pozbawionych środków do życia kobiet, przekonuje się główna bohaterka Mary (debiutantka Sabrina Kern). Osamotniona, zdesperowana dziewczyna szuka schronienia w położonym na odludziu tytułowym przybytku. Z chwilą, gdy przekracza ona próg domostwa, orientujemy się, że trafiła niestety z deszczu pod rynnę. Zakon rządzi się arcysurowymi regułami, wszelkie przewinienia są brutalnie karane, a gospodynie pod wodzą demonicznej matki przełożonej (Carolyn Hennesy) wyglądają i zachowują się, jakby właśnie opuściły plan kolejnego sezonu "American Horror Story".  Za oknami straszą mgła i ogołocone z liści konary drzew, w środku - popękane ściany, paskudna tapeta oraz podejrzane odgłosy dochodzące ze strychu. Czy władzę sprawują tu nadprzyrodzone siły? A może zdarzenia na ekranie są jedynie projekcją  naznaczonego traumą, rozstrojonego zbliżającym się porodem umysłu bohaterki? Oto jest pytanie.


Uprzedmiotowienie kobiet, zinstytucjonalizowana przemoc, ciemne interesy schowane za  religijnymi sztandarami - w scenariuszu Andy'ego Demetrio i Shauna Fletchera nie brakuje intrygujących motywów, które w rękach zdolniejszych twórców mogłyby zaowocować spełnionym kinem gatunkowym z ambicjami. Tam, gdzie inni sięgnęliby po skalpel, reżyser  i spółka wybierają jednak kilof. Tam, gdzie można było zmylić tropy i uśpić czujność widowni, filmowcy woleli zagrać w otwarte karty. W efekcie w "Zakonie świętej Agaty" jakiekolwiek niuanse szybko rozmywają się w sztampowym, przeciętnie zagranym spektaklu grozy. Bousman, jak na reżysera trzech części "Piły" przystało, podlewa go tyleż szokującą co groteskową przemocą. W myśl zasady "nic co ludzkie…" serwuje widowni sceny obcinania języka, zjadania własnych wymiotów oraz duszenia ofiary przy pomocy… pępowiny. 


W filmie broni się przede wszystkim niepokojąca, inspirowana mocno twórczością Daria Argenta strona wizualna. Autor zdjęć Joseph White w efektowny sposób operuje światłem, cieniem i kolorami, oblekając przestrzeń zgromadzenia złowieszczą aurą.  Szkoda więc, że poza nią w "Zakonie" straszy głównie nuda.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie