Recenzja filmu Porfirio (2011)
Alejandro Landes

Buntownik w pieluchach

Reżyserska empatia sprawia, że ten katalog błahych czynności – ćwiczeń, zabiegów higienicznych, jedzenia – ogląda się bez bólu i poczucia żerowania na czyjejś intymności.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Porfirio (2011)
Po przeczytaniu kilku zdań w festiwalowym katalogu można złapać się za głowę (i rąbnąć nią o stół): "Jego wszechświat rozciąga się od łóżka do wózka inwalidzkiego. Porfirio – mężczyzna w pieluchach – od dziesięciu lat ubiega się o zapomogę od policji, która spowodowała jego kalectwo". Na szczęście, godny smutnej telewizyjnej docudramy opis nijak ma się do witalnego i eleganckiego filmu Alejandro Landesa, w którym współczucie dla bohatera idzie w parze z podziwem dla jego determinacji.    

Porfirio istnieje naprawdę. 14 września 2005 roku, gdy jego konflikt z władzami osiągnął apogeum, próbował porwać samolot do Bogoty. Trafił do więzienia, gdzie odnalazł go Landes i zaproponował mu rolę w swoim filmie. Obserwujemy więc bohatera podczas wydarzeń poprzedzających porwanie (którego na ekranie nie zobaczymy) – rozegrany na styku dokumentu i fabuły film jest kroniką codziennych frustracji, ale i hołdem złożonym niezłomności i odwadze bohatera.

Reżyserska empatia sprawia, że ten katalog błahych czynności – ćwiczeń, zabiegów higienicznych, jedzenia – ogląda się bez bólu i poczucia żerowania na czyjejś intymności. Łatwo jest sympatyzować z Porfiriem, choć on sam "łatwym" bohaterem nie jest. Jeszcze łatwiej kibicować reżyserowi, który swoją krytykę systemu zamyka w tak konsekwentnej i inteligentnej formie i zamiast nachalnej publicystyki wybiera szlachetniejszą drogę. Nie tylko pokazuje jak instytucjonalna znieczulica wpływa na swoje ofiary, ale uświadamia, jak bardzo redefiniuje ich relacje z bliskimi.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 0% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).