Recenzja filmu W sieci (2016)
Ki-duk Kim

Kafka w Korei

Dobra wiadomość dla wielbicieli Kim Ki-duka: po trwającym kilka lat kryzysie, koreański mistrz wraca do formy. Antidotum na coraz bardziej kuriozalne pomysły fabularne – zrealizowanego w 2013 ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa W sieci (2016)
Dobra wiadomość dla wielbicieli Kim Ki-duka: po trwającym kilka lat kryzysie, koreański mistrz wraca do formy. Antidotum na coraz bardziej kuriozalne pomysły fabularne – zrealizowanego w 2013 roku "Moebiusa" reżyser określił jako "penisową podróż przez życie bohatera" – okazało się sięgnięcie po prostotę. "W sieci" stanowi angażującą emocjonalnie opowieść o jednostce uwikłanej wbrew woli w rozgrywkę potężniejszych sił. 


Ostentacyjnie intymne kino Kima – bodaj po raz pierwszy od czasu "Strażnika wybrzeża" z 2002 roku – zyskało istotny wydźwięk polityczny. Głównym bohaterem "W sieci" reżyser uczynił prostego, północnokoreańskiego rybaka Nam Chul-Woo. Mężczyzna żyje skromnie, jest oddany rodzinie i podporządkowuje swą codzienność serii rytuałów. Między wierszami Kim sugeruje jednak, że pozorna sielanka podszyta jest niepewnością, a prywatność bohatera nie pozostaje wolna od ingerencji reżimu.

Właściwa akcja filmu zaczyna się, gdy – w wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności – Nam Chul-Woo trafia w ręce pograniczników z Południa. Mężczyzna staje się wówczas kolejnym z bohaterów, którzy "mimo że nic złego nie popełnili, zostali pewnego ranka po prostu aresztowani", a nad fabułą zaczyna unosić się atmosfera rodem z powieści Kafki. Przewrotność wizji Kima polega na tym, że totalitarne praktyki związane ze znęcaniem się nad więźniem zostają w niej przypisane obywatelom "dobrej", demokratycznej Korei Południowej. W tych partiach filmu twórca "Krokodyla" przypomina, że pozostaje mistrzem w portretowaniu świata nieoficjalnego, rządzącego się własną, pokrętną logiką i spychanego na margines powszechnej świadomości. Obserwowanie go na własne oczy stawia widza w pozycji intruza, którego dyskomfort potęguje także konieczność świadkowania – typowym dla twórczości Kima – erupcjom przemocy i okrucieństwa. 

Jak w przypadku większości wcześniejszych filmów, twórcy "Pustego domu" chodzi jednak o coś więcej niż szokowanie publiczności. We "W sieci" reżyser pokazuje, że jego bohater jest nie tylko zastraszany, lecz także kuszony wizją życia w kapitalistycznym dobrobycie. Dylemat Nam Chul-Woo, zmuszonego do wyboru pomiędzy polepszeniem warunków swojej egzystencji a przywiązaniem do pozostających na Północy najbliższych, okazuje swą zaskakującą uniwersalność. O podobnych rozterkach wspomina wszak wielu emigrantów, którzy przekonują, że – nawet pomimo osiągnięcia materialnej satysfakcji – nie potrafią zwalczyć w sobie tęsknoty za przeszłością.


"W sieci" nie zawsze funkcjonuje na tym poziomie subtelności. Chwilami w krytyce południowokoreańskiej rzeczywistości Kimowi zdarza się sięgać po zwyczajną demagogię. Sekwencja, w której Nam Chul-Woo pochyla się z troską nad życiem seulskiej prostytutki, wygląda jak nieświadoma parodia motywów z twórczości Dostojewskiego. Przy okazji trudno oprzeć się wrażeniu, że za sprawą stworzenia jednoznacznie negatywnego obrazu ojczyzny reżyser załatwia prywatne porachunki. Krytykowany przez południowokoreańską prasę i ignorowany przez tamtejszą publiczność twórca "Wyspy" już od jakiegoś czasu zapowiada, że zacznie kręcić filmy gdzie indziej, a ostatnio szykuje się ponoć do zrealizowania chińskiej superprodukcji.

Nawet jeśliby jednak dostrzec we "W sieci" pewną małostkowość, a postawienie znaku równości między Koreą Północną i Południową uznać za grubą przesadę, warto pamiętać, że w kinie Kima nigdy nie chodziło o intelektualne analizy. Żywioł reżysera stanowi za to wywoływanie emocji, a tych znajdziemy we "W sieci" pod dostatkiem. Nie sposób w końcu nie utożsamić się z postawą Nam Chul-Woo, który nie pragnie niczego więcej niż życia własnym życiem, z dala od wpływu wszelkiej ideologii. Marzenie bohatera wydaje się tym piękniejsze, że pozostaje coraz trudniejsze do zrealizowania, nie tylko na Półwyspie Koreańskim.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 68% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry