Gdyby serial nazywał się po prostu "Marshals", broniłby się jako prościutka rozrywka serwowana do obiadu. Ale to "Marshals: historia z Yellowstone", a więc i bezpośrednia kontynuacja jednego z
Czy "Marshals: historia z Yellowstone" to najgorszy serial z tego kowbojskiego uniwersum? Prawdopodobnie. Nie jest jednak tak zły, jak mogłyby sugerować pierwsze recenzje. Wszystko – jak zwykle – sprowadza się do kontekstu i punktu odniesienia. Nie powinno nim być ani "Yellowstone", ani jego dwa historyczne prequele: "1883" i "1923". Ich twórca, Taylor Sheridan, sprytnie podszedł do rozbudowywania historii rodu Duttonów i ich tytułowego rancza – co serial, to inny gatunek. I tak "Yellowstone" było neowesternowym dramatem obyczajowym łączącym elementy kina akcji i opery mydlanej, "1883" to klasyczny western rewizjonistyczny, a "1923" zasłynął jako przygodowy melodramat. Dzięki gatunkowej różnorodności, każdy typ widza mógł znaleźć w serialach Sheridana coś dla siebie, by potem zainteresować się pozostałymi pozycjami. "Marshals: historia z Yellowstone" ten pomysł rozwija.
To klasyczny serial proceduralny: każdy odcinek przedstawia nową sprawę, którą starają się rozwikłać tytułowi agenci policji federalnej. Śledztwa są szybkie, niezbyt skomplikowane, a ich finał stanowią zazwyczaj widowiskowe strzelaniny. Przynajmniej tak wygląda to w trzech pierwszych odcinkach udostępnionych do recenzji. I gdyby serial nazywał się po prostu "Marshals", broniłby się jako prościutka rozrywka serwowana do obiadu. Ale to "Marshals: historia z Yellowstone", a więc i bezpośrednia kontynuacja jednego z najpopularniejszych seriali świata. I tu zaczyna się problem.
Kto nie widział jeszcze finału flagowej produkcji Sheridana, powinien odpuścić sobie seans nowego serialu i dalszy ciąg recenzji. Komu zaś spoilery nie straszne, ten i tak wie już, że "Marshals…" koncentruje się na losach Kayce’a Duttona (Luke Grimes) – najmłodszego syna Johna Duttona, w którego w serialu-matce wcielał się Kevin Costner. Kayce to wrażliwiec zżerany przez upiory przeszłości, były operator Navy SEALs, który nade wszystko starał się odciąć od amoralnego rodu i wieść spokojne życie z żoną Monicą i synem Tatem. Lecz gdy tylko ojciec potrzebował jego pomocy, młody Dutton ruszał jej udzielić, co zazwyczaj kończyło się kolejnymi trupami ciążącymi mu na sumieniu. W finale "Yellowstone" to on po śmierci ojca sprzedał za garść dolarów rodzinne ranczo przewodniczącemu miejscowego rezerwatu. W ten sposób zagwarantował, że wchodzący w jego granicę ogromny obszar dzikiej natury nie wpadnie w łapy chciwych deweloperów i wielkomiejskich kapitalistów. Sam z żoną i synem zamieszkał w niewielkiej chatce na obrzeżach dawnej posiadłości, gdzie prowadzić miał spokojne życie ranczera.
Jednak Sheridan (tym razem powracający wyłącznie w charakterze producenta) i showrunner Spencer Hudnut nie pozwolili bohaterowi cieszyć się spokojem zbyt długo. By wypchnąć go ku nowym niebezpieczeństwom, twórcy postawili na kilka niezawodnych zagrywek z podręcznika leniwego scenarzysty: uśmiercili mu żonę, podkręcili wewnętrzny niepokój i wyciągnęli figurę najlepszego przyjaciela.
Monica (Kelsey Asbille) poza ekranem przegrała walkę z rakiem, a po jej odejściu Kayce ewidentnie nie możne znaleźć dla siebie miejsca. Nie pomaga w tym komplikująca się relacja z nastoletnim synem. Odpowiedzią okazuje się przybycie do Montany jego przyjaciela z wojska: Pete’a Calvina (Logan Marshall-Green), który dowodzi okoliczną jednostką U.S. Marshals. Początkowo prosi Kayce’a o pomoc w zabezpieczaniu protestu na terenie rezerwatu – w końcu ma tam rodzinę i przyjaciół. Jednak gdy celem tajemniczego zamachowca staje się przewodniczący Rainwater (Gil Birmingham), ekskomandos zgadza się na stałe przyjąć federalną odznakę. Poza nim i Calem do oddziału należą obca w Montanie Andrea Santos (Ash Santos), powiązana z jedną z najbogatszych rodzin w stanie Belle Skinner (Arielle Kebbel) i pochodzący z rezerwatu Miles Kittle (Tatanka Means).
Ich dynamika przypomina nieco tę z innego serialu Sheridana – "Special Ops: Lioness". Są twarde żarty, zabawy z bronią i wieńczące odcinek topienie smutków w okolicznym barze. Jest chwila na wątki obyczajowe, zacieśnianie relacji i drobne, personalne dramaty. Tu jednak, zamiast nieźle napisanej szpiegowskiej intrygi, dla równowagi mamy niemrawe pościgi, leśne strzelaniny i przeprowadzane niemal poza kadrem śledztwa.
Akcji w "Marshals: historii z Yellowstone" daleko też do rozmachu "Lioness" czy poprzedniego serialu Hudnutta – "Seal Team", gdzie scenarzysta wspierał znacznie zdolniejszego Benjamina Cavella, współautora m.in. "Homeland" i "Justified". Budżet też miał zauważalnie większy. W przypadku "Marshals…" Sheridan ewidentnie dał mu zbyt wiele swobody, a szefostwo Paramountu – jedynie drobniaki wystarczające zaledwie na kameralny kryminał, a nie na pełnoprawną kontynuację "Yellowstone".
W rezultacie nowa odsłona sagi Duttonów to nic więcej jak zapchajdziura mająca umilić czekanie na "The Madison" – nowy neowestern napisany przez Sheridana z Michelle Pfeiffer i Kurtem Russellem w obsadzie, czy kolejne spin-offy i sequele "Yellowstone," jak "The Dutton Ranch", w którym przed ekran wrócą Kelly Reilly i Cole Hauser jako ulubieńcy fanów, Beth i Rip. Jeśli jednak z jakiegoś powodów nie macie czego oglądać do obiadu, a wartko prowadzone kryminały proceduralne rozgrywane na tle malowniczych lasów i prerii to wasz kowbojski konik, "Marshals: historia z Yellowstone" sprawdzi się całkiem dobrze.