Recenzja filmu Pakt z diabłem (2015)
Scott Cooper

Nie taki diabeł straszny, jak go malują

"Pakt z diabłem" to kino, które poza obsadą i wykonaniem, może pochwalić się również niezwykłą autentycznością. Buduje ją między innymi niezwykła surowość świata kreowanego na ekranie. Jest ona ...
Filmweb sp. z o.o.
"Film gangsterski" to określenie gatunku, który ma wiele wspólnego z dramatem i thrillerem, a także kryminałem. Jednakże w przeciwieństwie do tych wymienionych powyżej, produkcje z tego zakresu określić zdecydowanie łatwiej. Dlaczego? Z prostej przyczyny, jaką są dużo bardziej rygorystyczne ramy narzucane twórcom próbującym swego szczęścia, w tym środowisku. Albowiem, jak mówi oficjalne wytłumaczenie, "jest to gatunek filmowy opowiadający o losach gangsterów i przestępców, najczęściej rozgrywających się w Stanach Zjednoczonych w okresie prohibicji". "Pakt z diabłem", co prawda, oficjalnie nie jest określany jako film gangsterski, a raczej jako kryminał czy dramat, niemniej jednak nie sposób nie traktować go jako dobry film, posiadający kilka zalet, których możemy dopatrzeć się również u takich wirtuozów gatunku jak Francis Ford Coppola, Martin Scorsese czy chociażby Brian de Palma.

photo.title

Podstawową przyczyną dla której "Pakt z diabłem" nie przejdzie jednak do historii kinematografii (w przeciwieństwie do uprzednio wymienionych), jest jego złe napisanie. Scenariusz, autorstwa Jeza Butterwortha i Marka Mallouka, jest chaotyczny i momentami niezrozumiały, natomiast postaci drugoplanowe wykreowane w sposób papierowy i jednowymiarowy. Służą one raczej do zapełnienia tła, dla gwiazdy programu jaką jest James ‘Whitney’ Bulgar (Johnny Depp). Dialogi również nie mają w sobie werwy i mimo iż są tym, na czym film ma się opierać, to brak w nich klarownych wypowiedzi, z których łatwo wywnioskować intencję bohatera. Tempu filmu również można wiele zarzucić. Mimo, iż niektóre sceny zostały wykonane w sposób mroczny, wciągający i nieraz przyprawiający o gęsią skórkę, to w większości są za długie, męczące i wygrane na przesadnie dantejskich tonach. Ciężko się w nich również dopatrzeć ciągu przyczynowo-skutkowego. Co niesie za sobą taką prostą konsekwencję jak szybka utrata zainteresowania u widza. A szkoda, bo gdyby nie to, "Pakt z diabłem" mógłby stać się jednym z najlepszych filmów gangsterskich ostatnich lat.

photo.title

Tym bardziej smuci fakt, iż potencjał na ciekawy scenariusz był. Opowieść o Jamesie ‘Whitneyu’ Bulgarze – człowieku, który zagrał na nosie całemu gangsterskiemu półświatkowi, wdając się w układ z FBI, aż się prosi o film. Nawet nie tyle biograficzny, co właśnie gangsterski. Co jednak trzeba przyznać scenarzystom to to, że historia drugiego najbardziej poszukiwanego człowieka na świecie, została zainscenizowana w sposób niezwykle dokładny. Pomysł, na ukazanie przeszłości Bulgara od roku 1975, kiedy to główny bohater stawia pierwsze kroki jako gangster, przez lata świetności, w tym tytułowe nawiązanie paktu z FBI, aż po ucieczkę z Bostonu w roku 1995, został wykonany w niezwykle drobiazgowy sposób. Wszystko jest tu bowiem zawarte – od relacji rodzinnych, przez kontakty ze współpracownikami, aż po charakter jaki posiadał, w danym czasie "Whitney".

Tym, co bezsprzecznie w filmie się wyróżnia to Johnny Depp. Gwiazdor "Piratów z Karaibów", po którym już od wielu lat można się spodziewać tylko i wyłącznie Kapitana Jacka Sparrowa, tu pokazuje, że nie można jeszcze spisywać go na straty, czy szufladkować jako aktora, który musi się chować w masce charakteryzacji i efektów specjalnych. Owszem, tu charakteryzacja również jest olbrzymia, lecz nie przykrywa jego mimiki czy też gry aktorskiej. A poza tym, charakteryzacja – która do dziś jest największą kwestia sporną całego obrazu (jedni bowiem uważają, że Depp jest podobny do Jamesa Bulgara, inni zaś, że nie przypomina go wcale) – była niezbędna do wykreowania postaci, która będzie równie dziwna i niemożliwa do utożsamienia się, jak jej oryginał. Nie sposób, zaprzeczyć, że zamierzona sztuka się udała. Patrząc na Johnny’ego Deppa o uwydatnionym czole i białej cerze, a także małych, zwężonych oczkach człowieka, gotowego zabić bez mrugnięcia tymże okiem, nie sposób poczuć do niego zbyt dużej sympatii. Buduje to również u niego charyzmę. Wystarczy zobaczyć zwiastun filmu, by poczuć oczywisty szacunek, dla postaci, w którą wciela się ulubiony aktor Tima Burtona.

photo.title

Na drugim planie aż roi się od znanych aktorów, co tylko potwierdza moją tezę, że reżyser, Scott Cooper, uwielbia działać z gwiazdorską obsadą. Na każdym kroku możemy obserwować świetnych aktorów walczących ze średnio napisanymi rolami. Czy to Peter Sarsgaard, Kevin Bacon czy Benedict Cumberbatch - każda z postaci (od drugoplanowej, wzwyż) w "Pakcie z diabłem" została zagrana przez aktora, który samym swoim nazwiskiem byłby w stanie napędzić nie jedną Hollywoodzką produkcję. Jak w każdym projekcie, nie brak jednak castingowej wtopy. Dakota Johnson, która wciela się w postać żony Jamesa ‘Whitneya’ Bulgara, jest mdła w swojej roli i ogranicza się do jednej smutnej miny przez cały film. Scenariusz również jej nie rozpieszcza, bardziej niż jako postać z krwi i kości służy ona bowiem jako ikoniczny przykład kochającej żony gangstera, która nie próbuje być nikim więcej, niż tylko zwykłą kurą domową.

photo.title

"Paktowi z diabłem" nie można jednak odmówić wspaniale ukazanej stylistyki lat 70. i 80. Stare samochody, wyśmienite kostiumy i charakteryzacje (należę bowiem do tej grupy ludzi, która uważa, że wygląd Deppa jest bardzo autentyczny i że faktycznie przypomina Bulgara) sprawiają, że można rzeczywiście uwierzyć w świat kreowany na ekranie. Na atencję zasługuje również fakt, że w wielu scenach (głównie tych dziejących na ulicach) kadrowanie jest dobrane w taki sposób, żeby za postaciami łatwo było dostrzec piękne zabudowania Bostonu, rzeczywiście kojarzące się z tymi z końca ubiegłego wieku.

photo.title

"Pakt z diabłem" to kino, które poza obsadą i wykonaniem, może pochwalić się również niezwykłą autentycznością. Buduje ją między innymi niezwykła surowość świata kreowanego na ekranie. Jest ona spowodowana na przykład brutalnymi pojedynkami – nie tylko fizycznymi, ale i słownymi. Nie daje jednak świeżego spojrzenia na mafijny półświatek – jak niegdyś "Ojciec Chrzestny". Nie ukazuje również nic specjalnie odkrywczego w temacie biograficznym – typowa sztampowa i jakże poprawna opowieść o człowieku-legendzie. Sądzę jednak, że jest to kino, które broni się jako dobrze zagrany film, dający wiarę w to, że kino mainstreamowe nie musi opierać się jedynie na głupawych komediach czy adaptacjach komiksów Marvela.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 45% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
jasiekosrodka
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię