Recenzja filmu Kolekcjoner (2012)
Marcus Dunstan

Rolnik, rzeźnik, konserwator

Najlepsza jest scena, w której bohaterka uwalnia się z pułapki za pomocą stanika. Jest też inna, w której za wytrych służy pogruchotana ręka. W ogóle wszyscy wszystkim wszystko potrafią tu ...
Filmweb sp. z o.o.
Choć twórcy "Kolekcjonera" pewnie przespali tę lekcję, kino gore, a nawet gorno (lub, jak kto woli, torture porn), nie jest pozbawione cnót. Filmom, które ze śmierci, bólu i tortur robią festiwal atrakcji, można wybaczyć wiele: scenariusz pisany między porannym papierosem a drugim śniadaniem, reżysera na wiecznym fajrancie, aktorów przekonanych, że metoda Stanisławskiego to sposób odcedzania pierogów. Wystarczy odrobina inscenizacyjnego polotu, historia, którą da się strawić po dwóch piwach, kilka pomysłów na efektowne uśmiercanie bohaterów i już można patrzeć na produkcyjną rzeź przez palce. W filmie Marcusa Dunstana brakuje nawet tego.  
 
Obraz jest sequelem horroru "The Collector" z 2009 roku (polski dystrybutor jak zwykle popłynął z tytułem – "Kolekcjoner" powinien być właściwie "Kolekcją", w zgodzie z angielskim oryginałem). Wraz z kilkorgiem nowych bohaterów i ocalałym z poprzedniej części Arkinem (Josh Stewart) ponownie trafiamy pod nóż obleczonego czernią, zamaskowanego killera. Jegomość porywa ofiary, zamyka je w wielkich walizkach, a po tygodniach tortur tworzy z ich rozczłonkowanych ciał niby-owadzie eksponaty. Tego, że facet nie przebiera w środkach, dowiadujemy się już z lichej ekspozycji (zapewniam: można ją przegapić, zaglądając do kubełka z popcornem). Śmierć plus minus setki osób poszatkowanych przez gigantyczny pług, podwieszony pod sufitem klubu nocnego, to tylko preludium do rewii fabularnych kretynizmów. Karuzela absurdu rozkręca się na dobre w chwili, gdy docieramy do kryjówki Kolekcjonera, zamienionej w naszpikowany pułapkami labirynt. Czego tam nie ma: ludzkie zombie po ciężkich dragach i wściekłe owczarki niemieckie; psychopatka umalowana jak lalka z porcelany i superinteligentne, szpiegowskie tarantule; płody w formalinie i składzik broni automatycznej. Ktoś mógłby nazwać to "grą z konwencją", ale w takim razie pytam: z którą? Horroru? Gorno? Kina akcji? Komedii pomyłek? Z wszystkimi naraz? Z kim pogrywa nieokrzesany najemnik, nazwany na cześć taniej pizzerii spod Pyrzyc – Lucello?   
 
Nieustanne podważanie wiarygodności filmowego świata, zachowań i motywacji bohaterów nie jest niczym złym, o ile twórcy dają cokolwiek w zamian. Dunstan nie daje. Jest zaskakująco zachowawczy, gdy przychodzi do clou programu, czyli krwawej jatki. Każdy koncept i każdą jego realizację już widzieliśmy, najczęściej w lepiej napisanym, wyreżyserowanym i zagranym wydaniu. Nawet seria "Piła", która w końcu musiała zamienić się we własną karykaturę, dawała więcej frajdy. Oglądaliśmy ją dla kolejnych, kuriozalnych sekwencji zgonów. W amatorsko zrealizowanym "Kolekcjonerze" nie ma tymczasem ani finezji, ani szaleństwa. Kiedy bohater szlachtuje i oprawia kolejne ofiary, z ekranu wieje nudą. Gdy przestaje, jest jeszcze gorzej: powraca opowieść o rodzicielskiej miłości kulawego ojca (Christopher Macdonald) do porwanej przez szaleńca córki (Emma Fitzpatrick ma ładną twarz, ale zbyt pospolitą jak na tradycję "królowych krzyku" w typie Jamie Lee Curtis czy Jennifer Carpenter), a także wątek Arkina mierzącego się ze świeżą traumą (spanielowaty wyraz twarzy Josha Stewarta mówi wszystko: "gdybym 56798 pomnożył przez 2789, to wyszłoby...").  
 
Najlepsza jest scena, w której bohaterka uwalnia się z pułapki za pomocą stanika. Jest też inna, w której za wytrych służy pogruchotana ręka. W ogóle wszyscy wszystkim wszystko potrafią tu otworzyć i nikogo specjalnie to nie dziwi, a już najmniej – widza. Na szczęście ten ostatni nie będzie musiał uciekać się do tak drastycznych rozwiązań. Wyjście z sali kinowej jest cały czas otwarte i dobrze oświetlone. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (180 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 1/10 nieporozumienie

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)