Recenzja filmu Vox Lux (2018)
Brady Corbet

Stop Making Sense

Choć "Vox Lux" opowiada o perypetiach płytkich gwiazdek pop, Amerykanin nadaje swemu dziełu wyrafinowaną strukturę i dzieli swoją opowieść na rozdziały, których tytuły to między innymi "Genesis" ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Vox Lux (2018)
O Bradym Corbecie można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest minimalistą. Amerykański reżyser tworzy kino zachłanne, ekstrawertyczne, napędzane przeez twórcze ADHD. W "Vox Lux" zaledwie 30-letni filmowiec próbuje połączyć ze sobą biblijne aluzje, zamachy terrorystyczne i drapieżną krytykę współczesnej popkultury. Jakby tego było mało, stylizując film na ironiczną kronikę upadku gwiazdy, zdaje się rzucać wyzwanie samemu Orsonowi Wellesowi. Tak megalomański zamiar nie mógł oczywiście powieść się w stu procentach, ale "Vox Lux" ma spore szanse, by w języku kinofilów stać się za parę lat synonimem sformułowania "ambitna porażka". Póki co, wizji Corbeta z pewnością nie można odmówić wyrazistości, której dowód stanowi choćby reakcja publiczności pierwszego pokazu filmu na festiwalu w Wenecji. Jak łatwo się domyślić, brawa mieszały się wówczas z próbującym zagłuszyć je buczeniem.

Czego jak czego, ale młodemu twórcy nie sposób odmówić artystycznej konsekwencji. Podobne jak w debiutanckim "Dzieciństwie wodza", Corbet portretuje świat u progu Apokalipsy. Dla reżysera nie ma przy tym znaczenia, że akcję poprzedniego filmu umieścił w przededniu I wojny światowej, a w "Vox Lux" cofa się raptem do początków XXI wieku. Stylistycznie Corbet wciąż pozostaje wierny starej zasadzie "mocniej, wyżej, szybciej". Choć "Vox Lux" opowiada o perypetiach płytkich gwiazdek pop, Amerykanin nadaje swemu dziełu wyrafinowaną strukturę i dzieli swoją opowieść na rozdziały, których tytuły to między innymi "Genesis" i "Regenesis". Jednocześnie Corbet chętnie korzysta z monumentalnych, szerokich planów i ilustruje perypetie bohaterów złowieszczą muzyką. W najlepszych momentach "Vox Lux" wytworzony w ten sposób kontrast pomiędzy wzniosłością a trywialnością pozwala wykreować na ekranie atmosferę pierwszorzędnej groteski. Dzieje się tak choćby w scenie z początku filmu, gdy dwie siostry zostają poproszone o wypowiedzenie kilku słów na pogrzebie przyjaciół. Dziewczyny, zasłaniając się brakiem daru przemawiania, postanawiają zaśpiewać piosenkę. Specjalnie przygotowany przez nie utwór wzbudza entuzjazm publiczności, staje się szlagierem i daje bohaterkom przepustkę do światowej kariery. 

Corbet szybko przesuwa akcję o kilkanaście lat do przodu. Mamy rok 2017 – jedna z sióstr, Celestine (Natalie Portman) jest wielką gwiazdą, druga, Eleanor (Stacy Martin), usuwa się na dalszy plan. Niestety, w momencie, w którym "Vox Luxdopiero mogłoby stać się naprawdę interesujące, jego potencjał właściwie się wyczerpuje. Amerykański twórca nie ma nam bowiem do zaoferowania nic poza czasem zabawnymi, innym razem już tylko efekciarskimi scenkami z życia ludzi showbiznesu. Zainscenizowana przez Corbeta podróż przez kolejne kręgi luksusowego piekła niczym nie zaskakuje, a tendencyjność, z jaką reżyser przedstawia ekranowy świat, budzi skojarzenia z perspektywą autora prześmiewczego fanpage'a "Wychowany na Trójce". W takich warunkach na niewiele zdaje się nawet ofiarna kreacja Portman, w najbardziej ekspresyjnych scenach prezentującej formę rodem z czasów "Czarnego łabędzia" Aronofsky’ego.

Najbardziej szkoda w "Vox Lux" kilku potencjalnie interesujących wątków, które zostały na ekranie ledwie zasygnalizowane. Chodzi zwłaszcza o podjętą w pewnym momencie przez Corbeta kwestię problematycznego statusu popkultury,  z jednej strony utrwalającej, a z drugiej kontestującej obowiązujący porządek świata. Zgodnie z wizją amerykańskiego twórcy, ambiwalencja ta powoduje w głowach młodocianych fanów zakłopotanie przybierające czasem tragiczne konsekwencje. Niestety, reżyser nie wykracza w tej kwestii poza ogólniki. Lektura jego wypowiedzi w rodzaju "Chcę, by po obejrzeniu mojego filmu widzowie pomyśleli sobie: Wow, przez ostatnie 20 lat ludzkość przeszła całkiem sporo" każe domniemywać, że w ogóle ma niewiele do powiedzenia.

Podobnie jak we wspomnianym "Dzieciństwie..." Corbet udowadnia jednak, że pozostaje pierwszorzędnym stylistą, a dzięki temu – mimo wielu zastrzeżeń – jego film ogląda się całkiem nieźle. Może więc przyszedł czas, by powściągnąć ego i do następnego projektu zatrudnić porządnego scenarzystę?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 54% uznało tę recenzję za pomocną (83 głosy).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)