Recenzja filmu Córki dancingu (2015)
Agnieszka Smoczyńska

Syreni śpiew

W swoim pełnometrażowym debiucie Agnieszka Smoczyńska rozkręca party, jakiego jeszcze nie było. W "Córkach dancingu" kontrolowana przaśność miesza się z kampową radością, a musical zostaje ...
Filmweb sp. z o.o.
W swoim pełnometrażowym debiucie Agnieszka Smoczyńska rozkręca party, jakiego jeszcze nie było. W "Córkach dancingu" kontrolowana przaśność miesza się z kampową radością, a musical zostaje umiejętnie zmiksowany z komedią i horrorem. Właśnie tak mogłyby wyglądać urodziny Jepa Gambardelli z "Wielkiego piękna", gdyby był on peerelowskim dygnitarzem. 


Smoczyńska nonszalancko wykreśla ze swojego słownika określenia takie jak "przesyt", "nadmiar" czy "przesada". "Córki dancingu" to rozwijający coraz bardziej zawrotne tempo karnawał wyobraźni i popis kreatywności. Dość powiedzieć, że naszymi towarzyszkami w szalonej podróży przez ekranowy świat pozostają najprawdziwsze syreny. Srebrna i Złota wzbudzają instynktowną sympatię, bo – tak jak większość z nas – odbierają rzeczywistość warszawskich dancingów jako egzotyczną i nieprzewidywalną. Umieszczenie bohaterek w tej specyficznej scenerii pozwala Smoczyńskiej na jeszcze jedno. Choć mamy lata osiemdziesiąte, ekranowa przestrzeń pozostaje enklawą wolności, zupełnie niezależną od toczącej się na zewnątrz politycznej zawieruchy. Zastosowanie tego zabiegu pozwala na odideologizowanie przeszłości, uczynienie jej sferą nostalgii, sentymentu i nieskrępowanej fantazji.

Prawda jest bowiem taka, że duet Kiszczak-Jaruzelski nie ma żadnych szans w starciu ze Złotą i Srebrną. Bohaterki Smoczyńskiej ani trochę nie przypominają zinfantylizowanych postaci z bajek dla dzieci. Gdyby spotkały na swojej drodze disnejowską Małą Syrenkę, najpewniej zabrałyby ją na wódkę. Złota i Srebrna ujmują samoświadomą zmysłowością i dziewczęcą dezynwolturą, która ostatni raz miała taką siłę rażenia chyba w "Stokrotkach" Very Chytilovej. Jednocześnie, bohaterki "Córek dancingu", mimo swojej niezwykłości, pod wieloma względami przypominają typowe, wchodzące w dorosłość nastolatki. Tak jak one, tęsknią za miłością i boleśnie przeżywają klęskę swoich ideałów oraz pierwsze uczuciowe rozczarowania. Różnica polega na tym, że – za sprawą nadnaturalnych zdolności – mogą dotkliwie zemścić się za swoje krzywdy.


Dzięki połączeniu barwności filmowego świata z uniwersalnością poruszanych problemów "Córki dancingu" mają w sobie coś z musicali Johna Watersa, ze szczególnym uwzględnieniem "Beksy". Tym większa szkoda, że wątek zawodu miłosnego Srebrnej ostatecznie okazuje się najbardziej problematyczny w całej opowieści. Za jego sprawą do filmu zabawnego, utrzymanego w ironicznym nawiasie wdzierają się nagle tony melodramatyczne. A przecież uczucie bohaterki do dancingowego Basisty wydaje się dość wątłe, ledwie naszkicowane i na pewno nie tak głębokie, by sprowokować konsekwencje, których jesteśmy świadkami. Dla części widzów ta wątpliwość może okazać się dotkliwa na tyle, że przestaną się dobrze bawić, zejdą z parkietu i do końca seansu będą podpierać ścianę. Nie warto jednak iść ich śladem i wytrącać się z prowokowanego przez "Córki dancingu" transu. Zamiast pozować na terrorystę zdrowego rozsądku, lepiej dać się uwieść oryginalności filmu i wsłuchać w syreni śpiew, którego uroda zagłuszy wszelkie nasze wątpliwości.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 54% uznało tę recenzję za pomocną (261 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)