Recenzja filmu Wielki Gatsby (2013)
Baz Luhrmann

W pułapce obsesji

Aktorzy są kukiełkami odgrywającymi wystylizowane role. Nie ma w nich nic naturalnego, choć większość z nich gra znakomicie, świetnie operując spojrzeniami i mimiką twarzy. Problem w tym, że ...
Filmweb sp. z o.o.
"Wielki Gatsby" jest naprawdę wielki. Baz Luhrmann zadbał, żeby film na każdym kroku olśniewał, audiowizualnie obezwładniał. Jednak czy to wystarczy, by naprawdę zachwycić widzów? Mam nadzieję, że nie, bo Luhrmanna stać na więcej.

Australijski reżyser nie po raz pierwszy sięga po wielką klasykę literatury. I podobnie jak uczynił to z "Romeo i Julią", tak i tym razem dość swobodnie potraktował proces adaptacji. To nie jest opowieść osadzona w Nowym Jorku lat 20. ubiegłego wieku. A przynajmniej nie w tym "prawdziwym", jaki opisał Fitzgerald. Jego ambicją wydaje się próba uchwycenia zarówno ducha powieściowego oryginału, jak i stylu życia dawnych nowojorczyków, tak by człowiek współczesny czuł się jak u siebie. Stąd wszystko jest stylizacyjnym miszmaszem: kostiumy i samochody z epoki sąsiadują z hiphopową muzyką.

Pozorne uwspółcześnienie "Wielkiego Gatsby'ego" jest jednak efektem ubocznym. Tematem przewodnim jest bowiem obsesja. Co ciekawe, Luhrmann wcale nie pokusił się o zaakcentowanie wątku miłosnego. Nie unika go, ale też na każdym kroku stara się zwrócić uwagę na inne elementy całej historii, jak choćby na czas, jego nieuniknione przemijanie i jednoczesną niezmienność. Pozwala to reżyserowi przedefiniować tragedię Gatsby'ego, który staje się jedyną postacią świadomą pułapki, w jakiej znalazł się ród ludzki. Dla Gatsby'ego następstwo czasu nie istnieje. Przeszłość i przyszłość są jednym i tym samym. Jego dramat polega na tym, że choć siebie samego potrafił o tym przekonać, z resztą świata mu już nie wyszło. Luhrmann staje jednak po jego stronie i w odpowiedni sposób skonstruował cały film. Wystarczy szersza perspektywa, byśmy łatwo zauważyli, że nic tak naprawdę się nie zmienia. Nowy Jork z filmu bez problemu można byłoby zastąpić Nowym Jorkiem sprzed niedawnego kryzysu gospodarczego czy też bańki internetowej końca ubiegłego wieku. Tamte dramaty, upojenie łatwym sukcesem oraz nihilizm totalnego materializmu są dokładnie takie same jak obecnie. Dramat człowieka, zdaniem Luhrmanna, polega więc na tym, że nie potrafimy osiągnąć tej perspektywy, pozostajemy niewolnikami przemijania, co powoduje, że nie mamy żadnej możliwości uczyć się na błędach z przeszłości.

Niestety sam Luhrmann również wpadł w pułapkę, którą tak pięknie opisuje. "Wielki Gatsby" jest naprawdę niewiarygodnie pięknym widowiskiem. Niektóre sekwencje (np. pierwsza impreza) po prostu oszałamiają. Wielu purystów może kwękać na dobór utworów muzycznych, ale w moich uszach Luhrmann raz jeszcze okazał się zwycięzcą, doskonale wyczuwając siłę tkwiącą w zwyczajnej piosence. Jednak za tym całym widowiskiem kryje się pustka. Aktorzy są kukiełkami odgrywającymi wystylizowane role. Nie ma w nich nic naturalnego, choć większość z nich gra znakomicie, świetnie operując spojrzeniami i mimiką twarzy. Problem w tym, że reżyser traktuje ich jako kolejny element scenografii czy kostiumu. Bowiem w tym filmie liczy się tylko show. I jeśli to Wam wystarcza, to przygotujcie się na całkowity zawrót głowy. Jeśli jednak do kin przywiódł Was raczej tytuł, a nie osoba showmana, jakim bez wątpienia jest Luhrmann, to czujcie się ostrzeżeni. Film nie ma w sobie tej mocy, która uczyniła z "Wielkiego Gatsby'ego" jedno z największych dzieł XX-wiecznej literatury angielskojęzycznej.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 70% uznało tę recenzję za pomocną (422 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)