Recenzja filmu La Gomera (2019)
Corneliu Porumboiu

Zagwiżdż to jeszcze raz, Vlad

Reżyser miesza plany czasowe, zmienia perspektywy, zaplata kolejne nitki intrygi, dzieli film na poświęcone kolejnym graczom rozdziały. Jasne, nie pomylicie go z Tarantino czy Ritchiem (...), ale ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa La Gomera (2019)
Jeśli rumuńska nowa fala wciąż kojarzy Wam się z postkomunistycznym kacem, aborcją w mafijnym podziemiu, życiem na podsłuchu Securitate oraz kaskadami łez spływającymi do zlewu, najnowszy film jednego z ojców nurtu, Corneliu Porumboiu, będzie sporym zaskoczeniem. To gangsterska komedia z absurdalnym punktem wyjścia i jeszcze bardziej absurdalnym finałem. A zarazem niezwykle delikatna satyra na różnorakie formy zinstytucjonalizowanej hipokryzji. 

Tytułowi "gwizdacze" nie gwiżdżą z własnej woli – gwiżdżą, żeby przeżyć, a przy okazji zgarnąć walizkę pełną forsy. El Silbo, język używany najczęściej przez rdzennych mieszkańców Wysp Kanaryjskich, to jeden z najbardziej utylitarnych dialektów hiszpańskiego, zwłaszcza w górzystych, trudno dostępnych regionach La Gamory. Kiedy niesie go echo, brzmi trochę jak śpiew ptaków, lecz Cristi (Vlad Ivanov), skorumpowany policjant z Bukaresztu, nie ma czasu, żeby rozckliwiać się nad anielskim brzmieniem. Przypływa na wyspę celem dobicia targu z mafijnym półświatkiem, zaś nauki el silbo pobiera pod okiem gangstera Tomy (Sergiu Costache) oraz tajemniczej femme fatale, Gildy (skojarzenia z klasyczną rolą Rity Hayworth nieprzypadkowe, w tej roli zjawiskowa, znana z "Pentameronu" Catrinel Marlon). Nie trzeba dodawać, iż żmudna edukacja to dopiero początek jego problemów. 

W przeciwieństwie do poprzednich filmów Porumboiu ("12:08 na wschód od Bukaresztu" czy "Policjant, przymiotnik"), w których powolna ekspozycja oraz długie ujęcia narzucały spokojny, niemal melancholijny rytm, "Whistlers" od razu wprowadza nas w środek akcji. Reżyser miesza plany czasowe, zmienia perspektywy, zaplata kolejne nitki intrygi, dzieli film na poświęcone kolejnym graczom rozdziały. Jasne, nie pomylicie go z Tarantino czy Ritchiem (filmowi najbliżej do innej opowieści o wyliniałym gangsterze w ciepłych krajach, czyli "Sexy Beast"), ale i sam Porumboiu kiepsko czułby się w butach epigona. Gatunkowa matryca, na którą nałożono surową inscenizację i niemal bezekspresyjne aktorstwo, rodzi ten rodzaj szlachetnego humoru, z którego reżyser słynie. Gwarantuję, że będziecie klaskać uszami, gdy bohater zacznie z pokerową twarzą testować swoje "językowe" umiejętności w zalesionej, ciągnącej się aż po horyzont kotlinie. 

Każdy film, który rozpoczyna się kawałkiem "The Passenger" Iggy'ego Popa, ma u mnie spory kredyt zaufania. Porumboiu nie potrzebuje wiele czasu, by go spłacić. Wystarczy mu beznamiętne oblicze Ivanova, panorama skalistego krajobrazu oraz dosłownie kilka linijek dialogu, by zakreślić kontury filmowego świata. To rzeczywistość, w której echem odbija się dyktatura Caucescu i w której wciąż dostrzegamy długofalowe skutki transformacji – film jest zresztą nieformalnym sequelem mierzącego się z podobnymi problemami "Policjanta…".  Tym razem jednak bawimy się na całego – gwizdów po seansie nie usłyszycie. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię