Recenzja filmu El Club (2015)
Pablo Larraín

Zakonnicy w przebraniu

Na przekór poważnej tematyce, film nie jest nadętym moralitetem. Larrain ma poczucie humoru, niespodziewanie ucieka w czarną komedię, w niemal bunuelowską kpinę. Ale zabawa w kopanie księdza - ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa El Club (2015)
"El Club" otwiera cytat z Księgi Rodzaju: "Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności". W filmie Pablo Larraina tego podziału nie widać. Kamera Sergia Armstronga wycelowana jest prosto w słońce tak, że zarówno twarze bohaterów, jak i ich brudne sekrety, giną w mroku. Świat ma tu tonację ponurego chiaroscuro, jest wyblakły, prześwietlony, niewyraźny - jakby w ślad za sprzeniewierzonymi wartościami. Wilki kryją się w owczych skórach, a sprawiedliwość, jeśli w ogóle triumfuje, to w sposób co najmniej dwuznaczny.   

Przez pierwsze kilka, kilkanaście minut oglądamy szereg scenek rodzajowych. Czterech starszych mężczyzn w towarzystwie jednej kobiety przechadza się skrajem morza, śledzi przebieg psiej gonitwy, spędza spokojne chwile w jakimś domostwie. Telewizja, ciepłe kapcie, gazetka. Reżyser bardzo powoli odkrywa przed nami prawdziwą naturę tego, na co patrzymy. Choć mężczyźni nie modlą się, noszą zwyczajne ubrania, nie wykazują żadnych przejawów duchowości, okazują się księżmi. A dom w miasteczku na chilijskiej prowincji, w którym mieszkają pod okiem pewnej zakonnicy, to miejsce zesłania. Niepozorna codzienność stanowi jedynie przykrywkę, dywan, pod który zamieciono brudy. Lecz kiedy w progu staje nowy lokator, status quo zostaje zaburzone. W ślad za skazanym na banicję księdzem do mieściny przybywa bowiem jego były wychowanek. Oskarża on duchownego o seksualne wykorzystywanie i zaczyna zagrażać obłudnej społeczności.
 
Larrain usypia naszą czujność leniwą ekspozycją, a potem nagle wylewa szambo. Sandokan, czyli włóczęga domagający się od jednego z księży zadośćuczynienia za doznane krzywdy, nie przebiera bowiem w środkach. W słowach tym bardziej. Podchodzi do płotu i zaczyna wykrzykiwać, czego doświadczył, z pikantnymi szczegółami. Sprawy wymykają się spod kontroli i - na skutek nieszczęśliwego obrotu spraw - lokatorów czeka kolejna wizyta. Tym razem przybywa do nich niejaki ojciec Garcia, specjalista od kościelnego "damage control". Ma on zbadać, co faktycznie zaszło na terenie domostwa. Tym samym kończy się idylla jego mieszkańców, zaś azyl staje się więzieniem. Podczas przesłuchiwania lokatorów Garcia odkrywa - a my razem z nim - co sprawiło, że czterem duchownym kazano zamieszkać wspólnie na odludziu.

Toczy się to wszystko w bezlitośnie powolnym tempie, wypowiedziane słowa i wyznane grzechy niemalże zawisają w powietrzu i zagęszczają atmosferę. Larrain robi z owego domku na krańcu świata taki niby-czyściec, miejsce pokuty. Nie jest to jednak jakaś spektakularna poczekalnia potępieńców. Reżyser nie rozgrzesza swoich bohaterów - ale nie dorabia im też rogów. Zło ma tu wymiar banalny, jest małe, zwyczajne. Co ciekawe, na przekór poważnej tematyce, film nie jest nadętym moralitetem. Larrain ma też poczucie humoru, niespodziewanie ucieka w czarną komedię, w niemal bunuelowską kpinę. Ale zabawa w kopanie księdza - którą przecież uwielbiał Hiszpan - to tylko jeden z wymiarów obrazu.

W tytułowym "klubie" pobrzmiewa alegoria państwa, które wolałoby pewnie wyprzeć krwawy epizod własnej historii najnowszej. Dyskretnie go zatuszować, niczym grzechy czterech zamieszkałych w chatce nad morzem księży. Rozwiązanie filmu niosłoby wówczas gorzkie przesłanie: iść dalej można jedynie, obnosząc się ze swoim występkiem. Życie? Tak, ale tylko w świadomości - i obecności - efektów swojego grzechu. Droga do zbawienia, jak widać, może być drogą przez piekło.
 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (51 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry