Recenzja serialu

Sprawdzian z lektury

"Władca much" imponuje realizacyjnym rozmachem – zdjęcia powstały z dala od green screenów w malezyjskiej dżungli. Wyspiarska fauna i flora jest dla twórców równie fascynująca, co ludzcy
Sprawdzian z lektury
Po co adaptować ikoniczne powieści? To pytanie mogło cisnąć się na usta wielu przy okazji premiery "Wichrowych Wzgórz". Jednak Emerald Fennell nie zależało na wierności względem oryginału; reżyserka wzięła dzieło Emily Brontë w duży cudzysłów, traktując go raczej jak wariację do eksplorowania granic własnej lepkiej wyobraźni. W tym samym czasie na małych ekranach pojawił się czteroodcinkowy "Władca much" produkcji BBC – adaptacja pierwszej powieści noblisty Williama Goldinga z 1954 roku. Książki, którą kilka pokoleń zna z gimnazjum jako obowiązkową lekturę. 


Do seansu podeszłam z mglistą wiedzą na temat fabuły. Pamiętałam raczej to, o czym książka była – przynajmniej według klucza odpowiedzi. Samolot rozbija się na bezludnej wyspie, przeżywają tylko chłopcy – od zupełnych berbeci po wyrośniętych dwunastolatków. Większość to dzieciaki z dobrych domów i prywatnych szkół z internatem. Mimo prób zaprowadzenia porządku wyspę szybko opanowuje chaos, który doprowadzi do katastrofy.

Przebieg wydarzeń poznajemy z czterech różnych perspektyw – każda przynależy do jednej z kluczowej dla książki postaci: bystrego Prosiaczka (David McKenna), charyzmatycznego Jacka (Lox Pratt), wrażliwego Simona (Ike Talbut) i rozsądnego Ralpha (Winston Sawyers). Całość składa się z czterech godzinnych odcinków – każdy eksploruje wewnętrzny świat jednego z bohaterów. Młodzi aktorzy (w większości debiutanci) poradzili sobie świetnie, nadając swoim postaciom przekonujący rys niejednoznaczności: nawet najodważniejsi mają tu momenty słabości, a ci, którzy chcą dobrze dla wszystkich, bywają denerwujący. Trudno było mi oderwać wzrok, zwłaszcza od Loxa Pratta w roli Jacka – chłopca, który kąsa tak mocno, jak bardzo próbuje ochronić ogromną, noszoną w sobie ranę. Ale Pratt oczarował nie tylko mnie, bo to właśnie on zagra niedługo w serialowym "Harrym Potterze". Kogo? Oczywiście Draco Malfoya.


Za scenariusz "Władcy much" odpowiada Jack Thorne – autor m.in. sztuki "Harry Potter i przeklęto dziecko", filmu "Enola Holmes" czy absolutnie hitowego "Dojrzewania", za które otrzymał dwie statuetki Emmy. W każdym z tytułów skupia się na młodych bohaterach znajdujących się w skrajnych okolicznościach – czy to w momencie utraty kontroli, czy bardzo silnych emocji. Wzięcie na warsztat opowieści o dzieciach, które uciekły od cywilizacji, i dyscyplinujących je dorosłych wydaje się dla Thorne’a zupełnie naturalnym krokiem.

"Władca much" imponuje realizacyjnym rozmachem – zdjęcia powstały z dala od green screenów w malezyjskiej dżungli. Wyspiarska fauna i flora jest dla twórców równie fascynująca, co ludzcy bohaterowie, ci zresztą szybko stapiają się z otoczeniem, choć powrót na łono natury dla każdego będzie oznaczał co innego. Aby oddać nierealność i grozę przyrody, użyto przeróżnych zabiegów formalnych: obiektywu rybie oko deformującego obraz, wysyconych czerwieni roślin, podbicia kontrastów między skórą a błotem, turpistycznych obrazów świńskich zwłok i wreszcie – niepokojącej muzyki z przewagą instrumentów dętych.


Jakkolwiek eksperymentalne byłyby te sceny, trudno nie odnieść wrażenia, że żaden z odcinków nie straciłby na skróceniu go o kwadrans. Powiedziałabym nawet, że całość zyskałaby na dynamice i dramatyzmie. Bo "Władca much" długo się rozkręca, poświęcając czas na budowanie atmosfery i wyjaśnienie przeszłości bohaterów – raczej potwierdzając to, czego się na ich temat domyślamy, niż dodając coś nowego. Kulminacja zdarzeń nadchodzi dopiero z końcem trzeciego odcinka i od tamtego momentu seans staje się emocjonalną jazdą bez trzymanki. Bo ostatnie rozmowy bohaterów są zwyczajnie rozdzierające.

Problem z adaptowaniem szkolnych lektur jest taki, że są to dzieła z kanonicznym odczytaniem i symboliką. Tak jest właśnie z powieścią Goldinga, w której każdy z bohaterów jest chodzącym archetypem z konkretną rolą do odegrania: Prosiaczek uosabia naukę i cywilizację, którą ostatecznie odrzuci reszta chłopców; Simon – głęboką duchowość, jaka przegrywa w starciu z nagą przemocą, a Jack – pierwotne zło wypływające z upadku kultury. Z jednej strony "Władca much" Thorne’a jest adaptacją idealną: wierną i szczegółową. Treść pozostała ta sama, tylko forma została podkręcona. Ale z drugiej strony serial tylko powtarza za Goldingiem mądrości o "ludzkiej naturze i cienkiej granicy między cywilizacją a barbarzyństwem". Zupełnie jak uczeń obkuty na sprawdzian z lektury. 
1 10
Moja ocena serialu:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?