Recenzja filmu

Święty Mikołaj kontra Diabeł (1959)
René Cardona
José Elías Moreno
José Luis Aguirre 'Trotsky'

Ja takich legend o Mikołaju nie słyszałem

Aż dziw, że należy tłumaczyć, o co chodzi w filmie o świętym Mikołaju. Wiadomo, co powinno być: domek na biegunie północnym, elfy, renifery, ale nie w tym filmie, o nie. Ilość dziwności sprawi,
Aż dziw, że należy tłumaczyć, o co chodzi w filmie o świętym Mikołaju. Wiadomo, co powinno być: domek na biegunie północnym, elfy, renifery, ale nie w tym filmie, o nie. Ilość dziwności sprawi, że ta recenzja siłą rzeczy musi koncentrować się na opisie.

Tutaj mikołaj zrezygnował z pomocy elfów. Najwyraźniej stwierdził, że dzieci z różnych kultur same muszą zapracować na swoje i wysłać reprezentantów swoich państw/regionów, aby składali zabawki. Film jakoś nigdy nie wspomina, gdzie są rodzice tych dzieci. Mikołaj  opuszcza swój zamek w kosmosie samotnie, więc dzieci spędzają święta poza domem rodzinnym. "Jaki zamek w kosmosie?" - zapyta uważny filmwebowicz. Otóż w tej wersji Mikołaj mieszka na stacji kosmicznej gdzieś w układzie słonecznym (!?). Opuszcza ją raz do roku przy pomocy swoich mechanicznych reniferów. Tak, to bardzo rozwojowy Mikołaj. Szpieguje dzieci za pomocą teleskopu i prowadzi  nasłuch ze swojego obserwatorium. Jakby tej inwigilacji było mało, ma też maszynę umożliwiającą podgląd dziecięcych snów. Najwyraźniej słowo "prywatność" znaczy dla Rozchichanego Brodacza mniej niż nic. Pomagają mu Merlin (ten Merlin) udostępniający kwiat niewidzialności oraz człowiek zwany Klucznikiem (zgadnijcie, co on robi). OK, a teraz najdziwniejsze. Kim jest złoczyńca, który próbuje przeszkodzić mikołajowi w dostarczeniu prezentów? Diabłem. To nie metafora. Wrogiem Mikołaja naprawdę jest diabeł o imieniu Pitch (w wolnym tłumaczeniu Widełek). Jeśli nie popsuje wszystkim świąt, Lucyfer zmusi go do jedzenia lodów (serio, tak jest w filmie).

No długo to zabrało. Ale żeby zrozumieć jakość tego filmu, należy wiedzieć, jak daleko odchodzi od jakiegokolwiek poprzednika filmowego (lub książkowego, o ile mi wiadomo). Najdziwniejsza i najciekawsze jest to, że film nie jest parodią ani pastiszem. To historia opowiedziana dla dzieci. I ku mojemu zaskoczeniu historia dość przyjemna. Da się czuć tą ciepłą atmosferę filmu świątecznego. Co do udziwnień, no cóż. Dziecko będzie prawdopodobnie zdezorientowane, a rodzice spędzą wieczór na dementowaniu nowych informacji. Dorośli natomiast będą bawić się świetnie. Ilość niezamierzonych dowcipów jest przeogromna. Po pięćdziesięciu latach od swojej premiery film stał się czystym campem. W skrócie - jest przyjemny w oglądaniu, ponieważ nie popełnia najbardziej kardynalnego z kardynalnych grzechów, nie jest nudny. Jest absurdalny, idiotyczny i naiwny, ale na pewno nie jest nudny.

Polecam każdemu fanowi campu. A jeśli komuś jest mało, to należy zapoznać się jeszcze z pozycją "Święty Mikołaj wyrusza na podbój Marsjan". To dopiero jest jazda.
1 10
Moja ocena:
5
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?