Uważam, że obie opcje byłyby dobrą krytyką wychowania dzieci przez szalenie bogate rodziny, dlatego szkoda, że nie dostaliśmy żadnej z nich. Nie zrozumcie mnie źle, "Anora" to świetna komedia.
Zapowiadało się świetnie. Koncept filmu o bogatym facecie i biednej sexworkerce może i nie jest niczym przełomowym, ale relacje społeczne i romantyczne wynikające z hierarchii i z nią nierozłączne zawsze dają spore pole do poruszenia nowych dramatów, konfliktów wewnętrznych i backstory postaci. Jednak mimo łatwego tematu, twórcy filmu postanowili tego po prostu nie robić. Bo "Anora" nie skupia się tak naprawdę na niczym. Mamy tutaj młodą dziewczynę, która można założyć że od zawsze zajmuje się striptizem i prostytucją. Poznaje syna oligarchy, spędzają fajnie czas, żenią się, rodzice oburzeni, anulacja ślubu, nic się w ich życiu nie zmienia. Ot, tyle.
Nie dostajemy komentarza na temat niesprawiedliwości społecznej, nie dostajemy rozterek głównych bohaterów, nie dostajemy bolesnego powrotu do rzeczywistości. Po zakończonym romansie Anora wraca do normalnego życia, mimo, że była to świetna okazja do pokazania kontrastu między życiem wysokiej i niskiej grupy ekonomicznej. Anora po tygodniu w niebie po prostu wraca do niezłego domku, w którym mieszka z siostrą, podczas gdy jej mama rezyduje w Miami. Pracuje w wydaje się dobrym klubie, nie ma na utrzymaniu chorej babci, nie ma do spłacenia długów, nie ma nic przez co moglibyśmy powiedzieć “o nie!”. I choć cieszy mnie, że mamy tutaj sexwork pokazany jako wybór, a nie ostatnią deskę ratunku, to brak efektu pryśniętej bańki pozostawia u mnie niedosyt. Tak samo jest w środkowym akcie filmu. Ormiańscy mafiozi rodziców Ivana przyjeżdżają do domu rozprawić się z sytuacją i… w sumie nic. Wspomniani rodzice przyjeżdżają, syn aż ucieka i… w sumie nic. Na żadnym etapie filmu nie czujemy zagrożenia, stawka w grze jest zerowa. Każdy z goryli służących rodzinie od lat okazuje się być just a goofy guy, co oczywiście prowadzi do przekomicznych momentów, ale nie pozwala filmowi rozwinąć się w kierunku dramatu. Nawet postać Ivana nie jest pociągnięta w konkretny sposób. Łatwo byłoby iść w kierunku perfidnego bogatego dupka, który bawi się dziewczynami.
Albo nieświadomego bogatego dupka, który spędza z główną bohaterką miły czas, kupuje jej prezenty i nie widzi, że ona zaczyna się w nim zakochiwać. Byłby to idealny fundament do sceny konfliktu na końcu, gdzie bohaterka rozumie, że jej uczucia nigdy nie były odwzajemnione, a bohater wraca do Rosji być bogatym dupkiem. Ale twórcy się na to nie decydują. Czy w takim razie mamy tutaj chłopaka, który po prostu nie jest w stanie postawić się rodzinie, mimo swoich uczuć? Też nie. Na początku rzeczywiście Ivan prowadzony jest tak, jakby twórcy chcieli pokazać dramat młodych zamkniętych w złotych klatkach, gdzie mimo uczucia syn musi się podporządkować temu co wypada a co nie w jego rodzinie. Sceny między głównymi bohaterami są napisane bardzo szczerze, chłopak widocznie czuje do swojej “dziewczyny” więcej niż klient do prostytutki - w końcu dlatego poznaje ją ze swoimi znajomymi i spędza z nią chętnie czas po seksie, którego nawet jakoś dużo od niej nie wymaga. Jasne jest, że Ivan w żaden sposób nie jest gotowy na ślub i jego konsekwencje, ale jednak oświadczyny są w intymnej (i trzeźwej) atmosferze, nie w szale zabawy i narkotyków. Świetny set up, żeby w kolejnym akcie pokazać, że Ivan żywi do Ani mocne uczucia, ale nie może postawić się rodzicom. W zamian tego dostajemy postać, której w sumie to nie wiemy ,o co chodzi i twórcy chyba też nie wiedzą. Początek Ivana - szalony i niedojrzały, ale szczery - zupełnie się nie ma do końca Ivana, który po prostu olewa Anorę i bez większego smutku wraca za ocean.
Uważam, że obie opcje byłyby dobrą krytyką wychowania dzieci przez szalenie bogate rodziny, dlatego szkoda, że nie dostaliśmy żadnej z nich. Nie zrozumcie mnie źle, "Anora" to świetna komedia. Gdyby tylko w ten sposób była reklamowana, to z czystym sumieniem oceniłabym ją na 8.5, a może i nawet 9. Ale dodanie do listy gatunków tagu "dramat" diametralnie zmienia, czego oczkujemy od filmu i jak wysoko stawiamy poprzeczkę. Jedyną dramatyczną, i moim zdaniem najlepszą sceną filmu, była ostatnia scena w samochodzie. Po raz pierwszy dostaliśmy wgląd w psychikę głównej bohaterki, jej traumy, wzorce zachowań, zinternalizowaną obiektyfikację. Te kilka minut zrobiło dla tematu więcej, niż poprzednie dwie godziny. Co do samego występu Mikey Madison… zły nie był, ale oscarowy też nie. Zagranie przehiperbolizowanej, wulgarnej, komediowej postaci jest najprostszym zadaniem w świecie aktorstwa i nie wymaga specjalnego warsztatu. Na pewno Madison ma ogromny potencjał, ale Oscar w tej sytuacji bardzo ironicznie wygląda w kontekście Demi Moor nominowanej za Substancję (2024).