Recenzja filmu Bliźniak (2019)
Ang Lee

Pan i pan Smith

Niestety: "Bliźniak" to kopia kopii kopii. Smith, zwyczajowo: trochę narzeka na wyrzuty sumienia, na brak snu i na niemożność spojrzenia w lustro (łapiecie?), trochę flirtuje (bez grama chemii) ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Bliźniak (2019)
"Owca Dolly była w 1996, ale w 1995 byłeś ty", mówi ktoś do Willa Smitha. "To ja byłem owcą!", odpowiada gwiazdor, wcielający się w sklonowanego niczym Dolly elitarnego zabójcę Henry’ego Brogana. To zabawna wymiana zdań, bo scenariusz "Bliźniaka" osiąga w niej niechcący poziom meta. Pomysł na film sięga przecież 1997 roku: zanim trafił do Anga Lee, przeszedł przez szereg rąk. I trochę tę metrykę czuć. Bo mimo pierwszoligowego reżysera z jego milionem klatek na sekundę i cyfrowo odmłodzonym Smithem, "Bliźniak" ma w sobie coś głęboko "najtisowego". To taka filmowa owca Dolly: w latach 90. może i byłby rewelacją, dziś jest co najwyżej kuriozum.

photo.title

A jeśli ktoś ma mi za złe, że w pierwszym zdaniu recenzji zdradzam główny zwrot akcji, to proszę porozmawiać z ludźmi od promocji: w końcu już na plakacie mamy dwóch Willów Smithów. Zresztą trudno się dziwić. "Bliźniak" aż woła o klasyczną strategię reklamową "dwa w cenie jednego". Bardziej dziwiłbym się scenarzystom, którzy przez bitą godzinę zwlekają z przyznaniem się do tego, co na owym plakacie wydrukowano. W efekcie zanim bohater Smitha wreszcie uświadomi sobie, że uprzedził owcę Dolly, mamy dużo czasu, by go poznać. Dużo za dużo. Henry Brogan jest bowiem bliźniakiem wszystkich innych ekranowych najemników, kolejną owieczką w stadzie bohaterów kina akcji. Najlepszy w tym, co robi? Oczywiście. Szykujący się do emerytury? Jak najbardziej. Zdradzony przez przełożonych? Zgadnijcie sami.

Niestety: "Bliźniak" to kopia kopii kopii. Smith, zwyczajowo: trochę narzeka na wyrzuty sumienia, na brak snu i na niemożność spojrzenia w lustro (łapiecie?), trochę flirtuje (bez grama chemii) z Mary Elizabeth Winstead, trochę zwiedza zabytki w Budapeszcie. Duetuje też z samym sobą, powielając dynamikę, jaką miał z własnym synem w "1000 lat po Ziemi". Cały czas pozostaje jednak kilka kroków za widzami, którzy widzieli tę historię już setki razy. Wszystko toczy się bowiem niezwykle powoli, zupełnie jakby twórcy bali się, że nie nadążymy za meandrami niezwykle zaskakującej intrygi o złowieszczej rządowej jednostce trenującej superżołnierzy.   

photo.title

Tymczasem jeśli coś jest tu naprawdę zaskakujące, to fakt, że reżyser kalibru Anga Lee nie próbuje w żaden sposób pogłębić tematu. Grany przez Clive’a Owena czarny charakter może sobie mieć w gabinecie tryptyk Francisa Bacona, ale co z tego, kiedy jest po prostu etatowym Czarnym Charakterem. W sumie dziwne: jakimś cudem "Bliźniak" nijak nie wygrywa scenariuszowego potencjału klonowania. Nie ma tu ani fabularnych przetasowań, dzikich twistów i szalonego qui pro quo, ani prób podpięcia się pod filozoficzno-psychologiczny dyskurs. Żeby nie było: nie proszę o zniuansowane dyskusje o dylematach bioetyki, wystarczyłoby trochę napięcia, adrenaliny, emocji. Zamiast tego jest zimna, nudna rutyna.

Przed premierą "Bliźniaka" dużo mówiło się o eksperymentalnym aspekcie tego, co Lee wyczynia tu z obrazem filmowym. 120 klatek na sekundę (zamiast klasycznych 24) to przecież nie lada wyzwanie dla odbiorczych przyzwyczajeń. Wystarczy przypomnieć, że już zastosowane w "Hobbicie" Petera Jacksona 48 klatek spotkało się z cokolwiek sceptyczną reakcją. Oczywiście "Bliźniaka" w wersji optymalnej praktycznie nie da się nigdzie obejrzeć, kina nie dysponują odpowiednią technologią. Ale efekt i tak widać gołym okiem: obraz jest ostrzejszy, ma inną głębię, sprzyja innym niż zwykle kompozycjom i sposobom podążania za ruchem w kadrze. Generalnie przekłada się to jednak na wrażenie sterylności i pustki, co tylko potęguje usypiającą przeciętność scenariusza. Obiegowa opinia o "Bliźniaku" jest więc niesłuszna: to nie nadmiar klatek pogrąża film. 

photo.title

Ale też nie pomaga. Cierpi zwłaszcza danie główne filmu bądź co bądź akcji - czyli akcja. W superczułym oku kamery Lee i jego operatora Diona Beebe’ego wychodzi bowiem na jaw każdy fałsz. Kiedy Smith sprzedaje cios napastnikowi, widać, że to cios zamarkowany. Kiedy Winstead przebija głową szybę, widać, że to kaskaderski trik odegrany w specjalnie przygotowanej scenografii. A kiedy Smith i jego klon rozpoczynają sfilmowany w długich ujęciach motocyklowy pościg, widać, że najbardziej spektakularne akrobacje wykonują ich cyfrowe modele. Niestety, jeśli zdejmiesz z ekranu łaskawą zasłonę taśmowego ziarna i analogowego rozmycia, obnażasz wszystkie niedostatki komputera: każdy nienaturalnie gładki ruch, każde nagięcie praw fizyki. Irzykowski pisał, że kino to "widzialność obcowania człowieka z materią", Godard powiedział, że kino to "prawda 24 klatki na sekundę". Lee pokazuje nam z kolei "widzialność obcowania komputera z materią", jego kino to "kłamstwo 120 klatek na sekundę".

Okej, jest w "Bliźniaku" kilka momentów, sugerujących, że Lee faktycznie wytyczna nową ścieżkę kina. Tu jakiś niestandardowy pomysł na inscenizację, tam jakiś niespotykany ruch kamery. Najbardziej podoba mi się ujęcie, w którym Smith i Winstead czołgają się przez wnętrze ostrzeliwanego sklepu, a wokół nich w zwolnionym tempie wirują eksplodujące produkty spożywcze. To tyleż mrugnięcie do historii kina, remiks Johna Woo z finałem "Zabriskie Point", co jakiś nowy posmak. Wszystko jest bowiem ostre, czytelne, nad-widoczne: każdy detal, każdy niuans. I to przeładowanie płynącymi z ekranu informacjami naprawdę ekscytuje.

photo.title

Szkoda więc, że reszta filmu ekscytuje mniej. Żal na takie tytuły kogoś o renomie Lee. Tym bardziej, że podobne "Bliźniaki" kręcą zwykle goście z ławki rezerwowych: jakiś Robert Schwentke, jakiś Jonathan Mostow. Może pamięć mnie myli, ale wydaje mi się, że ciekawszym - a przynajmniej zabawniejszym - filmem o klonowaniu znanego aktora był już chyba nawet "6-ty dzień" z Arnoldem Schwarzeneggerem. Przypominam: widowisko wyreżyserowane przez faceta bez dwóch Złotych Lwów i dwóch Oscarów, za to z takimi hitami jak "Turner i Hooch" oraz "Stój, bo mamuśka strzela" na koncie. Roger Spottiswoode kontra Ang Lee? Jeden do zera. Kto by pomyślał.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię