Recenzja filmu

Boże Ciało (2019)
Jan Komasa
Bartosz Bielenia
Aleksandra Konieczna

Do trzech razy sztuka

Boże Ciało to w kościele katolickim święto pojednania i przebaczenia. Film o tym tytule trafił w idealny moment, bo w momencie wejścia do kin był pierwszym znaczącym obrazem poruszającym dwa ...
Talent ciężko jest ukryć. U Jana Komasy widać go już od pierwszego filmu pełnometrażowego, którym była "Sala samobójców". Potem był wielki szum i nie do końca spełnione nadzieje związane z "Miastem 44". Aż wreszcie wchodzimy w lata dwudzieste bieżącego stulecia i możemy z pełną odpowiedzialnością napisać: Komasa dojrzał, a nie ma nic lepszego niż połączenie potencjału z reżyserską mądrością.

Wyobraźmy sobie zakochanego w amerykańskim kinie hejtera, który punktuje od lat niedociągnięcia polskiego kina. "A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje". Jakieś słabości zawsze się znajdą. Jak już doczekaliśmy się polskiego kina akcji, to narzekania dotyczą montażu, dźwięku i chyba najczęściej scenariusza. Rzadziej treści, bo mamy w tym względzie najlepsze tradycje z możliwych, a apogeum mocy przypada bez wątpienia na okres gierkowsko-jaruzelski, kiedy to powstawało inspirujące całą Europę kino moralnego niepokoju.

Komasa jest reżyserem swoich czasów, używa nowoczesnego języka, z pozoru zwraca się do innego odbiorcy niż Kieślowski, Zanussi czy Falk. Musi przebić się przez zastępy youtuberów, blogerów i tysiące nowych treści na mediach społecznościowych. Tymczasem po dwóch intrygujących obrazach, które mogły oderwać publikę od smartfona przynajmniej dzięki odważnej, plastycznej formie i ostremu tempu, Komasa zwalnia i robi się naprawdę ciekawie. 


Już za kilka dni będziemy wiedzieli, czy "Boże Ciało" zostanie docenione przez Amerykańską Akademię Filmową. Szanse na to są dość umiarkowane, 2019 to kolejny rok z dużą ilością bardzo dobrych filmów nieanglojęzycznych, a film polskiego reżysera traci w odbiorze wraz z każdym kilometrem oddalającym go od polskiego matecznika. Uniwersalny, wielopoziomowy, głęboki - to wszystko prawda, ale nie da się ukryć, że wiele odniesień i emocji jest związanych z odbiorem polskiego Kościoła przez Polaków. 

O czym jest ten film? Fabuła oparta na faktach: młody chłopak marzący o "karierze" księdza, dzięki zbiegowi okoliczności może urzeczywistnić swoje fantazje i prowadzić msze. Sytuacja nie jest pozbawiona napięć, bo uzurpator nie ma właściwych uprawnień, nad jego głową wisi też niewesoła perspektywa powrotu do traumatycznego życia w poprawczaku. Główny bohater, grany brawurowo przez jeden z największych talentów polskiego kina — Bartosza Bielenię — ma jednak dar, który pozwala mu maksymalnie przedłużyć słodkie życie na wolności. Jako ksiądz Daniel jest uosobieniem wiarygodności. Duże, niebieskie oczy, spontaniczność, "co w sercu, to na języku", krótko mówiąc, mimo wielu drobnych wpadek absolutnie porywa wiernych i ma wręcz swoich wyznawców. Do tego dokonuje cudu, sklejając rany w popękanej społeczności. 

Boże Ciało to w kościele katolickim święto pojednania i przebaczenia. Film o tym tytule trafił w idealny moment, bo w momencie wejścia do kin był pierwszym znaczącym obrazem poruszającym dwa kluczowe dla ostatniego dziesięciolecia tematy: podział społeczeństwa po katastrofie smoleńskiej i kryzys oraz obniżenie wiarygodności Kościoła w Polsce.

Komasa miał nosa lub po prostu mnóstwo szczęścia. Do tej pory posiłkował się własnymi scenariuszami, ze średnim efektem. Tekst Mateusza Pacewicza spadł mu z nieba, Komasa zresztą ma dar przyciągania filmowych talentów (aktorzy: Jakub Gierszał, Zofia Wichłacz, Bartosz Bielenia). Tym razem trafił mu się diament w postaci kapitalnie napisanego scenariusza, który w 2016 roku dostał drugą nagrodę w polskim konkursie Scipt Pro, ale swoje musiał odczekać, bo Pacewicz zaczął go pisać już w roku 2011. Dobry twór widocznie musi swoje odleżeć, a może to los tak chciał, by reżyser mógł dojrzeć i maksymalnie wykorzystać taką perłę!? 


W ostatnich latach było sporo dowodów na to, że warto głosować nogami na polskie kino, jednak to właśnie film Komasy najpełniej wykorzystuje możliwości: tekst, dialogi, wysyp talentów. Wszystko tu gra, od czułych zdjęć Piotra Sobocińskiego Juniora, po wspaniałe kreacje drugiego planu (wspaniały Zdzisław Wardejn w roli mającego problem z alkoholem księdza, bardzo wiarygodna Aleksandra Konieczna jako kościelna i zastęp wspaniałych młodych: lauretka nagrody na festiwalu w Gdyni za najlepszą rolę drugoplanową Eliza Rycembel i przykuwający wzrok, zaskakująco charyzmatyczny Tomasz Ziętek). Tak,  mamy dobry dźwięk i poważne podejście do color gradingu. Jest i doborowy duet kompozytorów: Evgueni i Sacha Galperine, autorzy muzyki do takich filmów jak "Niemiłość" Andrieja Zwiagincewa czy "Przeszłość" Asghara Farhadiego

Mamy więc kino kompletne, momentami wciskające w fotel i nie jest to wrażenie subiektywne, bo w moim małym krakowskim kinie można było kroić powietrze maczetą. Swoją drogą, film z kamerą wędrującą po twarzach widzów "Bożego Ciała" mógłby być niezłym internetowym hitem, bo widziałem i zachwyt, i zniesmaczenie, i strach, i była też "królewna", dla której przez pół filmu ważniejszy był trzeci świat w smartfonie. 

Jeśli stać Cię na to, by stracić jeden z nielicznych polskich filmów, o który warto się pokłócić (przerobione z żoną), to nie idź do kina. Jeżeli dyskutować o kinie lubisz, to masz zapewnione paliwo na kilka dni. 
1 10
Moja ocena:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
50% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Udostępnij:
Każdy o tym filmie już coś słyszał, prawie każdy zetknął się z którymś z poprzednich dzieł Komasy, części obiło się o uszy, że właśnie ten film będzie walczył o ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 69%
Po dość jednostronnym "Klerze" Wojciecha Smarzowskiego i wstrząsającym dokumencie braci Sekielskich "Boże Ciało" Jana Komasy przyjmowane jest z ulgą. W końcu wszyscy ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 51%