Recenzja filmu

Człowiek na linie (2008)
James Marsh
Philippe Petit
Jean-Louis Blondeau

Marzenia spełniają się odważnym

Marsh serwuje widzom film skonstruowanym na podobieństwo 'heist movie'. Z zapartym tchem śledzimy się akcję i czekamy na kolejny zwrot, zapominając przy tym, że przecież cała ta heca jest tylko ...
Kogo przygnębiła i wprowadziła w głęboką depresję "Droga do szczęścia", ten powinien obowiązkowo wybrać się na "Człowieka na linie - Man on Wire". Oba filmy wychodzą z tego samego punktu, lecz rozchodzą się w przeciwnych kierunkach. W obu przypadkach bohaterami są osoby, którym nie wystarcza szara egzystencja, którzy pragną czegoś więcej. Podczas jednak gdy April z "Drogi" smęci przez cały film i nic ze swoim życiem poza wyglądaniem przez okno nie robi, Philippe Petit realizuje swe marzenia, udowadniając, że dla chcącego nic trudnego. I co istotniejsze, Petit nie jest postacią wymyśloną, a to co uczynił, miało miejsce naprawdę.

Philippe Petit to linoskoczek, który na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia znacznie przekroczył granice ludzkich możliwości. 7 sierpnia 1974 roku dokonał rzeczy, zdawałoby się, niemożliwej – przeszedł po linie rozwieszonej między wieżami World Trade Center 417 metrów nad ziemią. Dokument Jamesa Marsha, korzystając z wszelkich dostępnych metod i technik, przybliża nam okoliczności tego niebywałego osiągnięcia. Oglądamy zdjęcia archiwalne, przyglądamy się aktorskim rekonstrukcjom, a przede wszystkim możemy wysłuchać wspomnień tych, którzy w owym przedsięwzięciu wzięli udział.

Petit jest urodzonym gawędziarzem. Nawet jako słuchowisko radiowe "Człowiek na linie" byłby wciąż fascynującym dokumentem. A jako film jest po prostu dziełem, od którego nie sposób się oderwać. Aż trudno uwierzyć, że osoba o tak żywiołowym temperamencie potrafi się tak kompletnie skupić na jednym i tylko jednym celu i zrealizować go wbrew wszelkim okolicznościom i zdrowemu rozsądkowi. Petit to przykład ekstremalny, jest jednak znakomitą inspiracją dla wszystkich tych, którzy odważą się marzyć. Nie istotne jest to, o czym marzycie. Jeśli tylko skoncentrujecie się na realizacji marzenia, przekonacie się, że nie ma rzeczy niemożliwych!

To pozytywne przesłanie Marsh serwuje widzom w filmie skonstruowanym na podobieństwo 'heist movie'. Widzimy długie i żmudne przygotowania do 'napadu' z perfekcyjnie zbudowanym napięciem. Z zapartym tchem śledzi się akcję i czeka na kolejny zwrot, zapominając przy tym, że przecież cała ta heca jest już tylko przeszłością. "Człowiek na linie - Man on Wire" ogląda się lepiej niż "Angielską robotę", "Drobnych cwaniaczków" i "Ryzykowną grę" razem wzięte. Twórcy idealnie skomponowali wszystkie elementy, a mając tak wdzięczne obiekty, jak Petit i jego towarzysze, stworzyli widowisko dające prawdziwego kopa.

Mimo całej pozytywnej energii, jaką pulsuje film, James Marsh nie zrezygnował z nieco gorzkiego postscriptum, czym jeszcze zyskuje jako dokumentalista. Pokazuje, co dzieje się z ludźmi, których marzenie się ziściło. I jest w tym spora doza smutku. Po ekstazie, jaką jest moment spełnienia, nigdy już nie uda się przeżyć równie intensywnych emocji. Braterstwo, które połączył wspólny cel, teraz żyć może już tylko przeszłością. Droga zatem okazuje się ważniejsza. Jeśli jednak cel jest wystarczająco ambitny, wtedy warto cenę tę zapłacić. A zatem nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić was do obejrzenia filmu i do posiadania naprawdę wielkich marzeń. Światu dobrze zrobiłoby więcej takich ludzi jak Petit i więcej filmów w stylu "Man on Wire".
1 10
Moja ocena:
8
Marcin Pietrzyk
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
91% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (64 głosy).