Recenzja filmu

Sotto le nuvole (2025)
Gianfranco Rosi

Najlepsze miasto świata

Każda scena "Below The Clouds" to wręcz samodzielna etiuda, perfekcyjnie zainscenizowana i opowiedziana.
Najlepsze miasto świata
źródło: materialy promocyjne
O takich filmach zwykło się mówić "list miłosny do miasta". Brzmi trochę banalnie, ale co zrobić, kiedy pasuje idealnie do "Below The CloudsGianfranco Rosiego, spokojnego, utrzymanego w czerni i bieli dokumentu portretującego Neapol od nieco innej strony niż przyzwyczaiła nas popkultura. To także zwieńczenie trylogii opowiadającej o współczesnych Włoszech – warto nadmienić, za poprzednie filmy reżyser zdobył najważniejsze nagrody kolejno na festiwalu w Wenecji (Złoty Lew za "Rzymską aureolę") i Berlinie (Złoty Niedźwiedź za "Fuocoammare. Ogień na morzu"). Czy tym razem wyjedzie z Lido z kolejnym wyróżnieniem?
 
Pierwsze, na co zwracam uwagę podczas seansu, to cisza. Neapol od strony dźwiękowej kojarzy się przede wszystkim z hałasem, echem odbijającym się od ciasnych uliczek, głośnymi rozmowami i rykiem skuterów. Stolica Kampanii stała się w ostatnich latach niesłychanie popularna i dzisiaj jest trzecim najchętniej odwiedzanym miastem we Włoszech. Region przyciąga zabytkami, wspaniałą kuchnią, swoje trzy grosze dorzuciła też słynna "Tetralogia Neapolitańska" Eleny Ferrante. Rosiego nie interesuje jednak turystyczny aspekt stolicy Kampanii. Dokumentalista przez trzy lata mieszkał i dokumentował codzienne życie neapolitańczyków – w precyzyjnie skonstruowanych scenach "Below the Clouds" wyraźnie widać, że spędził ze swoimi bohaterami mnóstwo czasu. Z jego obserwacji wyłania się portret miasta zawieszonego w dziwnym "pomiędzy" – mocno definiowanego przez przeszłość, gdzie pamięć o katastrofie pompejskiej jest wciąż żywa a jej odpryski nadal widoczne w tkance regionu. Miejsca z jednej strony dynamicznie rozwijającego się, ale wciąż zmagającego się z ogromnymi wyzwaniami. Napawającego neapolitańczyków w równym stopniu dumą co frustracją, jakiej mogą doświadczać wyłącznie osoby naprawdę czujące się gdzieś w stu procentach u siebie.
 
Twórca nagrodzonej Złotym Lwem "Rzymskiej aureoli" zabiera nas w nieoczywiste strony miasta i jego okolic, interesuje go jego podbrzusze, oplecione siecią tajemniczych tuneli i zaginionych artefaktów. Wyobrażam sobie, że razem z twórcami mogłaby je przemierzać Lila Cerullo, bohaterka "Genialnej przyjaciółki", mająca obsesję na punkcie historii miasta i ukrytych w nim symboli i znaczeń. Rosi zwraca kamerę w stronę muzealników przeglądających eksponaty w podziemiach muzeum archeologicznego, towarzyszy grupie turystów zwiedzających Pompeje, podąża za mężczyzną prowadzącym świetlicę, w której dzieciaki mogą odrabiać lekcje. Pomiędzy kolejnymi scenami poznamy przepis na lazanię neapolitańską, uznawaną za najlepszą na świecie (jestem w stanie w to uwierzyć), zobaczymy wijących się w spazmach wiernych leżących krzyżem w kościele wypełnionym darami wotywnymi. Kawałek dalej grupa archeologów z Japonii od dwudziestu lat prowadzi wykopaliska, wyłuskując ślady nieistniejącej cywilizacji z zachowanych pod ziemią fragmentów kości. Poszczególne wątki spajają ze sobą ujęcia pociągu krążącego wokół Wezuwiusza, który staje się niejako głównym bohaterem dokumentu.  
 
Spokój przenika nawet do scen, w których dokumentalista przygląda się pracownikom pogotowia pożarowego odbierającym zgłoszenia. Pobita przez męża kobieta z trójką dzieci czeka na przyjazd policji, dyspozytor pogotowia zostaje z nią na linii dopóki funkcjonariusze nie wejdą do domu. Ktoś potrzebuje pomocy, by podnieść ważącą 200 kilo siostrę, która upadła na podłogę, gdzie indziej grupa nastolatków dokonuje kradzieży i rozboju. Dziecku przyłapanemu na kłamstwie, zgłaszającemu nieistniejący pożar w ramach żartu, strażak grzecznie tłumaczy, że telefon awaryjny to poważna sprawa i nie można blokować linii. "Stały klient", jak nazywa go z uśmiechem pracowniczka pogotowia, dzwoni w trakcie trzęsienia ziemi zapytać, która godzina. Zestresowani ludzie czasami z nerwów tracą głowę i zapominają, że mają klucze do mieszkania, w którym się zatrzasnęli. Najwięcej zgłoszeń dotyczy jednak trzęsień ziemi, które regularnie nawiedzają ten region. Niektórzy mieszkańcy nadal pamiętają kataklizm z listopada 1980 roku, w którym zginęło ponad dwa tysiące osób, a obrażenia odniosło blisko dziewięć tysięcy.
 
Górujący nad Zatoką Neapolitańską Wezuwiusz jest wizytówką miasta, ale też pod pewnymi względami swoistą tykającą bombą. Leżące nieopodal Herkulanum i Pompeje – z przejmującymi świadectwami katastrofy w postaci zastygniętych ciał ich mieszkańców – przypominają, że to region, którego historia jest naznaczona ciągłym poczuciem zagrożenia. W obliczu żywiołu w jednej chwili można stracić dobytek, a nawet własne życie. To pulsujące podskórnie napięcie jest niejako wpisane w DNA neapolitańczyków. Czuć je w głosach zniecierpliwionych mieszkańców dopytujących podczas wstrząsów, czy aktywność wulkanu jest monitorowana, czy "znowu pozwolą im umrzeć jak szczurom". Aby tu mieszkać, trzeba mieć grubszą skórę. Pomaga też poczucie humoru. Rosi sprytnie zaplata ze sobą poszczególne wątki, bezkompromisowość oswojonych z widmem niebezpieczeństwa mieszkańców zestawia np. z historią pracujących w porcie Syryjczyków przewożących transport zboża ze znajdującej się pod ciągłym ostrzałem Odessy do Neapolu. Mężczyźni, rozmawiając o swojej profesji i snując plany na zwiedzanie stolicy Kampanii, żartują, że z racji miejsca pochodzenia do bomb i wojny są przyzwyczajeni. Ale na neapolitańskiej pizzy jeszcze nie byli.
 
Neapol wyrasta tu na miasto poprzecinanego gęstą siecią zagadek przeszłości, które niemal każdego dnia są odkrywane. Inne przepadły bezpowrotnie, zatarte przez upływ czasu lub za sprawą działalności złodziei i nielegalnych handlarzy dziełami sztuki. W jednej ze scen muzealniczka przegląda artefakt z wizerunkiem Lakshmi, zwanej indyjską Wenus. Nie wiadomo, jak przedmiot trafił do Pompejów, trudno nawet na tym etapie ustalić, czy to rzeźba, a może fragment mebla. Chwilę później Rosi zabiera nas w miejsce wykopalisk, gdzie złodzieje ukradli cenne freski, rujnując bezpowrotnie zabytek, który przetrwał dwa tysiące lat, kataklizmy, wojny i trzęsienia ziemi. Ta scena rezonuje wyjątkowo mocno, niczym rewers "La Chimery" Alice Rohrwacher, rozgrywającej się w środowisku rabusiów zabytków we Włoszech. W miejscu, w którym wystarczy odpowiednio wbić kołek w ziemię, żeby znaleźć bezcenny artefakt (w małym miasteczku w Kalabrii udało mi się kiedyś przez przypadek zobaczyć VIII-wieczne freski w czyjejś stodole), na usługi tego typu oszustów z pewnością nie brakuje popytu.
 
Każda scena "Below The Clouds" to wręcz samodzielna etiuda, perfekcyjnie zainscenizowana i opowiedziana. Reżyser ma oko do wyłuskiwania z przypadkowych spotkań, twarzy, zalążków historii, wie, kiedy z pozoru zwyczajna rozmowa przerodzi się w gotową scenę dialogową. Rosi perfekcyjnie czuje też rytm w montażu, a jego upodobanie do absurdu ładnie rozcieńcza ujęcia, do których wkrada się cień patosu. Jednak im bliżej finału dwugodzinnego dokumentu, tym bardziej potęguje się wrażenie, że reżyser trochę za bardzo daje się uwieść swojej koncepcji i bohaterom. Gdyby nieznacznie odchudzić niektóre wątki, wyrzucić niepotrzebne powtórzenia, odbyłoby się to z korzyścią dla historii. Jeżeli jednak robić filmowe pocztówki zachęcające do odwiedzenia miasta, to tylko takie.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?