Recenzja filmu

Dziewczyny z kalendarza (2003)
Nigel Cole
Helen Mirren
Julie Walters

Przedni dowcip

W trakcie oglądania filmu uświadomiłem sobie, iż stylem i formą przypomina mi inny angielski obraz, "Joint venture". Pressbook uświadomił mi później, iż reżyserem obu filmów jest ta sama osoba, ...
W trakcie oglądania filmu uświadomiłem sobie, iż stylem i formą przypomina mi inny angielski obraz, "Joint venture". Pressbook uświadomił mi później, iż reżyserem obu filmów jest ta sama osoba, Nigel Cole.

Tak, styl i forma. Nie wiem, czemu to służy, ale powrócił nawyk "pisania" recenzji już w trakcie filmu. Rzecz jasna tylko myśląc o tym, a dziś było podobnie. Zaczęły się porównania środowiska, miasteczka, jednej kobiety, w konfrontacji z kilkoma kobietami. Panie chwilę po czterdziestce, a może tuż przed pięćdziesiątką. I kwestia, która pojawia się każdego roku, przygotujemy kalendarz. Nie tyle przygotujmy, co pozujmy do niego, w dodatku - nago.

Rozbierany kalendarz, zasadniczo pojawiają się na nim młode, seksowne, zmysłowe dziewczyny, lecz jak pokazać w sposób właściwy nagość dojrzałej kobiety? Sprawa trudna, skomplikowana, ale mająca swoje właściwe rozwiązanie.

Film ten jest w dużej mierze przeniesieniem historii powstania prawdziwego kalendarza, który pojawił się w sprzedaży w kwietniu 1999 roku i zrobił furorę, nie tylko na Wyspach Brytyjskich, ale też w jakże odległej Ameryce. Stało się to w Anglii i nie było w tym nic skandalicznego, ani bulwersującego. Był to początek tego, o czym żadna z nich nawet nie śmiała marzyć. Początek czegoś wielkiego, łącznie z wycieczką do Hollywood.

Jedna z bohaterek tej historii pochowała męża, który zmarł na białaczkę. To on był szczególnym entuzjastą tego pomysłu, to on kochał kwiaty, jednak nie doczekał. Jego śmierć była dodatkowym bodźcem do realizacji tego przedsięwzięcia. Pamięć po nim podkreślały kolorowe słoneczniki, na tyle zdjęć wykonanych w sepii.

Podobało mi się to, co widziałem, co oglądałem, podobała mi się ta historia. Wspomniany już "Joint venture", tu również dosyć wyskokowy pomysł, w skutkach, które tylko z początku nie mogły być do przewidzenia. Nie ma jednej bohaterki, jest grupa kobiet z Koła Gospodyń Wiejskich. Sam kalendarz jest motywem przewodnim, wokół niego skupia się życie miasteczka, zainteresowania członkiń Koła, ich życie, problemy i rozterki. Wszystko to ma wpływ na ich samopoczucie, na to, z jakim entuzjazmem podchodzą do tego życiowego projektu. Dzięki temu jest to wielowarstwowa opowieść, umiejętnie skomponowana za sprawą scenariusza, a także zagrana.

Trzeba przyznać, iż jest to ten sam interesujący styl, ta sama lekkość i swoboda w wypadku obu tytułów, tak nowego, jak też starszego. Dobra symetria, uśmiech, lecz również wyższe wartości. To, co jest ważne w życiu i to, jak je postrzegamy. Nie ma pretensjonalności, sztuczności. Życie w pełnym wymiarze, z jego dobrymi i złymi aspektami. Życie, jakie jest, każdy widzi, z perspektywy "kalendarza" nie wygląda inaczej, wygląda lepiej. Jest zachętą do czerpania z niego, sięgania dalej, ciągłego poszukiwania. Stanie w miejscu jest utopią, cofaniem się w rozwoju.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
40% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Udostępnij:
Chris i Annie to mieszkanki małej osady w Yorkshire. Kobiety przyjaźnią się a wolny czas spędzają uczestnicząc w zajęciach Women's Institute - instytucji łączącej klub ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 33%
Obraz Nigela Cole'a ma w sobie wszystko, co taki film powinien posiadać: potężną dawkę pozytywnych wibracji, ciepły i inteligentny humor, szczyptę melancholii i ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 87%