Najnowszy film Noah Baumbacha otwiera cytat z dzienników Sylvii Plath: "po pierwsze, to niesamowita odpowiedzialność - być sobą. O wiele łatwiej być kimś innym albo zupełnie nikim". Twórca "Historii małżeńskiej" tym razem prześwietla branżę filmową i rozkłada na czynniki pierwsze gwiazdorstwo. Kim jest aktor pozbawiony publiczności? Czy osoba, która większość życia spędza na udawaniu kogoś, kim nie jest, może w ogóle być sobą? Jak znaleźć równowagę między sceną a "zwykłym życiem" kiedy jesteś facetem, z którym ludzie robią sobie selfie kiedy wychodzisz z kumplem na drinka?
Co ciekawe "Jay Kelly" to kolejny film prezentowany w weneckim konkursie, stawiający w centrum odnoszącego sukcesy zawodowe starzejącego się mężczyznę, który zastanawia się nad przemijaniem, naturą sukcesu i swoimi życiowymi wyborami. Tegoroczną edycję festiwalu otworzył "La Grazia" Paolo Sorrentino o szykującym się do emerytury prezydencie. Obydwaj panowie zapraszają nas na wycieczkę śladami wspomnień, dawnych romansów, błędów i ich konsekwencji. O ile jednak film Włocha ugina się pod ciężarem dłużyzn i oczywistych rozwiązań, o tyle Baumbachowi w większości przypadków udaje się uniknąć tych wszystkich inscenizacyjnych pułapek. Jego okazjonalną prostotę, a wręcz scenariuszowe oczywistości równoważy pewność reżyserskiej ręki i talent aktorów.
"Jay Kelly" zaczyna się jak odcinek serialu "Studio" Setha Rogena i Evana Goldberga, zaglądającego pod podszewkę hollywoodzkiej machiny filmowej. Typowy rozgardiasz na planie, nerwowa bieganina i przygotowania do sceny, rozpisane na baumbachowski dialog-słowotok bohaterów wchodzących sobie w słowo i podążającą za nimi kamerę. Jay Kelly, grany przez George'a Clooneya wielki gwiazdor filmowy, najpierw przerywa ujęcie, potem prosi reżysera o jeszcze jeden dubel. Chciałby spróbować czegoś innego, upewnić się, czy na pewno wyszło w porządku. Wszyscy wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, ewidentnie to nie pierwszy raz, kiedy coś takiego się wydarza. Czy to brak pewności siebie, problem z zaufaniem do reżysera, czy po prostu egocentryczna próba sabotażu zdjęć i uprzykrzenia życia ekipie szykującej się do wyjścia do domu? Niezależnie od intencji, takie zachowanie to po prostu dodatkowa uciążliwość dla pionu produkcyjnego. Na szczęście reżyser od razu wie, jak zareagować, uspokaja aktora, przekonuje go, że wszystko jest pod kontrolą. Wszyscy oddychają z ulgą, można spokojnie wrócić do swoich spraw. Aż do następnego kryzysu.
Kariera Jaya to wypisz wymaluj spełniony "american dream". Wielkie ambicje, determinacja, przełom podczas przypadkowego castingu i ponad trzydzieści lat nieprzerwanego pasma sukcesów. Kiedy bohater Clooneya pod wpływem impulsu postanawia wycofać się z kolejnego projektu i wyruszyć w podróż po Europie, jego współpracownicy traktują to jak kolejny kaprys, załamanie nerwowe, które minie po kilku dniach. Tym razem wydaje się jednak, że sprawa jest poważniejsza. Kelly przebąkuje coś o końcu kariery, zaczyna rozpamiętywać swoje wybory życiowe, chce spędzić czas z młodszą córką, która zaraz wyprowadzi się z domu (ze starszą prawie nie ma kontaktu). W tle majaczy potężny wizerunkowy kryzys spowodowany spotkaniem z przyjacielem sprzed lat, podbite oko. Zespół aktora przegrupowuje się i kupuje bilety na pociąg do Włoch, by zminimalizować szkody, jakie spowoduje ta ucieczka.
W centrum opowieści o aktorze Baumbach stawia pytania na temat genezy sukcesu. Czy chodzi o talent, determinację, bycie w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie? Granie według zasad czy naginanie ich w imię artystycznej brawury? Ile tak naprawdę warto poświęcać w imię sztuki? Symptomatyczne, że snując rozważania na temat aktorstwa, w roli "ostatniego wielkiego gwiazdora kina" Baumbach obsadza George'a Clooneya, człowieka-instytucję, nagradzanego aktora, reżysera, aktywistę, którego nazwisko i twarz są w równym stopniu rozpoznawalne przez fanów kina, jak i osoby całkowicie niezainteresowane tematem. To rola skrojona pod emploi aktora, wchodząca na powierzchownym poziomie w dialog z jego aktorskim wizerunkiem (w jednej ze scen w ramach retrospektywy Kelly'ego pojawiają się nawet fragmenty prawdziwych filmów z udziałem Clooneya). Trudno jednak powiedzieć, żeby Baumbach miał oprócz tego jakiś bardziej przemyślany pomysł na głównego bohatera – Kelly jest jednak głównie amalgamatem dość zgranych klisz na temat gwiazd Hollywood. Może dlatego znacznie ciekawszy jest tutaj drugi plan, gdzie pojawia się cała plejada gwiazd, od Laury Dern (wspaniała scena z Sandlerem na dworcu), Grety Gerwig, Patricka Wilsona, Riley Keough, Alby Rohrwacher po Billy'ego Crudupa. Nie da się jednak ukryć, że Clooneya całkowicie przyćmiewa Adam Sandler wcielający się w menadżera Kelly'ego Rona. Jego pęczniejąca od nagromadzonych przez lata frustracji relacja z Jayem to najciekawsza część filmu – szkoda że Baumbach więcej czasu poświęca na dość banalne retrospekcje, w których Kelly rozpamiętuje kluczowe wydarzenia ze swojego życia.
Reżyser przypomina, że Fabryka Snów często pod wieloma względami przypomina po prostu... fabrykę. Aktor nie jest po prostu osobą wykonującą konkretny zawód, to przedsiębiorstwo, zatrudniające na stałe kilkanaście osób. Baumbach, który scenariusz napisał do spółki z Emily Mortimer, wplata w fabularną tkankę insiderskie obserwacje na temat rzemiosła – pojawiają się żarty z aktorstwa metodycznego, piękna scena przesłuchania, która udowadnia, że aktor nie może "ukraść" komuś roli, a castingi wygrywa nie "najlepszy", tylko ten, który najbardziej pasuje do roli.
"Aktor zarabia na życie, kłamiąc", mówi w jednej ze scen nauczyciel aktorstwa, przygotowując młodych adeptów sztuki filmowej do zawodu. "Im lepiej kłamie, tym lepszy jest w tym, co robi. A to może być cholernie dezorientujące dla młodego mężczyzny, który nie ma nawyku wglądu w swoje uczucia i zachowanie". Młody Kelly nie słucha, marzy wyłącznie o tym by odnieść sukces. Kiedy po trzydziestu latach zacznie się zastanawiać nad znaczeniem tych słów, orientuje się, że niektórych błędów już nie da się naprawić. Jak każda dziedzina napędzana kreatywnością i pasją branża filmowa łatwo zaciera granicę między pracą a życiem prywatnym. Ambicja to idealna wymówka, której można używać, by odsuwać w nieskończoność inne aspekty życia na boczny tor. Baumbach stawia pytanie, ile warto poświęcać dla kariery zawodowej, nawet jeśli jest to praca marzeń. A może zwłaszcza wtedy, bo kiedy robisz to co kochasz, trudniej poczuć, kiedy zbliżasz się do granicy wypalenia.
Reżyser z typowym dla siebie humorem i czułością względem swoich bohaterów kreśli zniuansowany portret Hollywood – jednej z najbardziej dochodowych, a jednocześnie najdziwniejszych branż – uwypuklając jego absurdy. Menadżer Kelly'ego Ron niczym lekarz na ostrym dyżurze, musi być przygotowany, by w każdej chwili rzucić wszystko i ratować swojego klienta – głównie przed nim samym. Lata współpracy, przyjaźni okupione opuszczonymi rodzinnymi uroczystościami, nieudanymi związkami, nieprzeczytaną dziecku bajką na dobranoc. Jeżeli nie kocha się kina, trudno zrozumieć, w imię czego bohaterowie znoszą pracę w warunkach naznaczonych ciągłą niepewnością i wahaniami nastroju gwiazdora, który w każdej chwili może zmienić zdanie. Sztuka jednak nie daje się łatwo podporządkować zasadom biznesu rozumianego jako prosty rachunek zysków i strat. Przypominają mi się słowa Tima Blake'a Nelsona, który dość trafnie uchwycił ten paradoks w podcaście Marka Marona "WTF". W branży kreatywnej pieniądze (i czas) poświęca się niekoniecznie z myślą o pewnym zwrocie z inwestycji, ale przede wszystkim dla frajdy płynącej z samego doświadczenia pracy na planie filmowym. Cała zabawa polega na tym, żeby nawet po latach mieć ochotę zagrać ujęcie jeszcze raz. I jeszcze raz.