Recenzja filmu Futro z misia (2019)
Michał Milowicz
Kacper Anuszewski

Coco Jambo i do tyłu!

Pal licho czerstwe dowcipasy - jak na film o gangsterach wywijających ciupagami, walizce pełnej zielska oraz szalonym przekręcie, za dużo tu przestojów, obezwładniającej nudy oraz mielonej w koło ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Widziałem w tym roku rzeczy, którym wy, ludzie, nie dalibyście wiary: szybkich i wściekłych na Moście Świętokrzyskim, jutuberów odgrywających monodramy na wielkim ekranie, prezesa narodu polskiego puszczającego kaczki na żoliborskim stawie. Nic więc dziwnego, że "Futro z misia" to dla mnie stosunkowo łagodne pożegnanie z rodzimym kinem popularnym. Nie lubię, gdy ktoś obraża moją inteligencję, marnując czas i pieniądze na awangardę, albo markując niebotyczne ambicje. Co za ulga. 


Najlepsze, co można powiedzieć o filmie Michała Milowicza i Kacpra Anuszewskiego, to że jest bezpretensjonalny z definicji. Siłą rzeczy, to przecież pogrobowiec dawnych komedii Olafa Lubaszenki, w wiecznym pościgu za Guyem Ritchie, wodzący tęsknym wzrokiem za duchem postmodernistycznej klasyki. Punktem dojścia jest więc tutaj wielobarwna, gatunkowa mozaika, którą reżyserski duet stara się złożyć z prefabrykatów komedii gangsterskiej. Ale ponieważ klisze są już wyblakłe, a za spoiwo służy głównie humor niskich lotów, całość błyskawicznie rozłazi się w szwach i rozpada na serię luźnych gagów, skeczów oraz dowcipów z brodą. W myśl zasady, że nieszczęścia chodzą parami, jest tutaj para skorumpowanych gliniarzy pod przykrywką, para rządowych służbistów na ich tropie, a także para przygłupów na usługach bossa podhalańskiej mafii. I choć echa mafijnej pieśni niosą się od Bałtyku, aż po Tatry, konstrukcyjnie to raczej prowincjonalny kabareton - praktycznie w każdej scenie brakuje jedynie rżenia widowni oraz trąbki sygnalizującej puentę żartu.  


Ten niepotrzebny eksces odbija się zwłaszcza na konstrukcji bohaterów. Scenarzyści, zapewne nieświadomi podwójnego kodowania gatunku oraz właściwości materiału, w którym rzeźbią, nie zadają sobie trudu, aby powołać do życia choćby jedną Postać. Wszyscy są tu sprowadzeni do roli klaunów z czerwonymi kinolami, ewentualnie - satyrycznych figurek z narodowej szopki w rodzaju księdza-hipokryty, Polaka-cebulaka, czy dresa-filozofa (kuriozalny jest zwłaszcza Cezary Pazura w roli agenta Żbika z CBŚ, który swoim vis comica pracuje na jeden, powtarzany do znudzenia żart). Z kolei sam scenariusz to jeden z tych tekstów, którym można wiele wybaczyć, ale na pewno nie ślimacze tempo. Pal licho czerstwe dowcipasy - jak na film o gangsterach wywijających ciupagami, walizce pełnej zielska oraz szalonym przekręcie, za dużo tu przestojów, obezwładniającej nudy oraz mielonej w koło Macieju ekspozycji. Dziwi to zwłaszcza w kontekście kompetentnej roboty operatorsko-montażowej. Skoro twórców było stać na drony i dźwigi, zaś operator Tomasz Walasek wie, do czego służy żaba perspektywa, doskonale rozumie, czym jest ujęcie ustanawiające i generalnie potrafi zakręcić obiektywem, dziwne, że ta  forma nie pracuje na żaden ciekawy, dramaturgiczny efekt. 


Tym, czego twórcy ewidentnie nie rozumieją, są oczywiście komedie Lubaszenki sprzed dwóch dekad. Kultowe filmy wiszą nad "Futrem z misia" niczym złowróżbne cienie, lecz wbrew pozorom, ich uniwersalny charakter zawsze był wątpliwy. Nigdy nie istniały w próżni i nie działały na wyobraźnię widzów od lat pięciu do stu pięciu. Chodziło raczej o moment, w którym nauczyliśmy się jako tako powielać amerykańskie struktury narracyjne, hodować na tej glebie zupełnie nowy rodzaj komediowego mięcha, tworzyć własny, popkulturowy kod (od uczynienia "Śmierci w Wenecji" Viscontiego nieśmiertelnym symbolem towarzyskiego przypału, po wybitnego Bohdana Łazukę w roli Vito Corleone czasów później transformacji). Ale przecież nawet ten język powinien się jakoś rozwijać, ewoluować, opierać nostalgii - choćby po to, by nikt go nie zubożył i nie wykorzystał jako laminatu naszych wspomnień. Więc nawet, jeśli film Milowicza i Anuszewskiego jest wieśniacki, bo właśnie taki miał być, marne to pocieszenie. Bolcom, Stolcom i reszcie chłopaków już podziękujemy.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 36% uznało tę recenzję za pomocną (177 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby