Trzech braci, trzy różne temperamenty, trzy sposoby na nielegalny handel alkoholem w czasach prohibicji. Prawdziwa historia o rodzeństwie Bondurantów trafiła na duże ekrany za sprawą reżysera
Trzech braci, trzy różne temperamenty, trzy sposoby na nielegalny handel alkoholem w czasach prohibicji. Prawdziwa historia o rodzeństwie Bondurantów trafiła na duże ekrany za sprawą reżysera Johna Hillcoata. Twórca do współpracy zaprosił znane twarze Hollywood, była również kwalifikacja do konkursu głównego festiwalu w Cannes. Dobrze zapowiadający się dramat kryminalny nie wzbija się ponad przeciętność, ale pozostaje udaną kompilacją rozgrywek na niebezpiecznym gruncie stanu Virginia.
Fabuła rozwija się wokół mało rozgarniętego tchórzliwego Jacka oraz jego starszego brata Forresta, który woli działać, niż gadać. To właśnie on otrzymuje propozycję "nie do odrzucenia", złożoną przez nowego agenta specjalnego. Forrest nie ma jednak ochoty dzielić się łupami z handlu alkoholem, to też pomiędzy braćmi i stróżem prawa wybucha konflikt.
Jednym z najbardziej rzucających się elementów "Gangstera" jest kontrast pomiędzy Jackiem i Forrestem. Starszy z tych dwojga twardo stąpa po ziemi. W tym samym wymiętym swetrze i kapeluszu, wyznaje ciągle tą samą filozofię. W obliczu niebezpieczeństwa pierwszy wychodzi wrogowi naprzeciw. Jack zaś żyje chwilą, lekkomyślnie traktuje pieniądze, a bycie mężczyzną w pełnym tego słowa znaczeniu wychodzi mu o wiele gorzej niż Forrestowi. Ale jak to zawsze bywa w takich przypadkach, kolejne sytuacje i doświadczenia wyraźnie odciskają piętno na dalszych losach bohaterów. Żeby obraz braci był pełny musi dojść do konfrontacji infantylności Jacka, z hardością Forresta. Rezultat tego starcia odmienił obojga.
Motorami napędowymi fabuły okazała się całkiem zgrana obsada. Na nieco szpanerstwa mógł sobie pozwolić, wcielający się w rolę typowego czarnego charakteru Guy Pearce. Przepadam i za Tomem Hardym, i za Jessicą Chastain, więc naturalnie tę parę wyjątkowo dobrze się ogląda. Grający główną rolę Shia LaBeouf robił wszystko, by udowodnić, że nie jest tylko jednym z kilku chłopczyków w spodenkach wyprodukowanych przez Hollywood.
Strona techniczna nie robi wielkiego wrażenia. "Gangster" został w całości przyzwoicie sfilmowany i zmontowany. Oprawiony w muzykę, która nie zapada w pamięć, stanowi jeden z wielu przykładów rutynowej pracy po drugiej stronie kamery.
Oddać jednak trzeba reżyserowi Hillcoatowi oraz scenarzyście Nickowi Cave, że pod względem rozrywkowym osiągnęli sukces. Elementy dramatu połączone z krwawymi, brutalnymi pojedynkami bohaterów, przez większość czasu angażują widza. "Lawless" znajduje się gdzieś pośrodku w drabince filmów gangsterskich - ani nie zachwyca, ani nie rozczarowuje. Wtapia się w cały potok produkcji swego nurtu.